O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Homilie z rekolekcji lectio divina w Rawie Mazowieckiej - cz. ...


T E K S T Y   H O M I L I I
z rekolekcji lectio divina
u sióstr misjonarek Krwi Chrystusa w Rawie Mazowieckiej

29 września - 5 października 2017

- CZĘŚĆ DRUGA -
2-5 października 2017

część pierwsza - homilie
29-30 IX i 1 X 2017
>>>.

 


Sarkofag „dogmatyczny” albo „dwóch Testamentów” (fragm.)
– pierwsza scena od lewej strony: stworzenie człowieka –

[Bazylika św. Pawła za Murami – foto by CFD]

---------------------------------------------------------------------

Nie gardź nikim, bo nawet najmniejsze ze stworzeń objawia Boga!
homilia – wspomnienie świętych Aniołów Stróżów, 2 października 2017 r.
Wj 23, 20-23; Ps 91, 1-6.10-11; Mt 18, 1-5.10

„Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18, 10).

To słowo Jezusa przypomniało mi pewien obraz, a właściwie płaskorzeźbę. To tzw. sarkofag dogmatyczny z III wieku, który można zobaczyć w muzeum watykańskim, a kopia jest także w muzeum przy Bazylice św. Pawła za Murami. Jedną z wielu scen biblijnych, przedstawionych na tym sarkofagu, jest stworzenie człowieka. Na tronie siedzi mężczyzna z brodą i wyciąga prawą rękę przed siebie jakby w geście błogosławieństwa, choć gest ten może oznaczać również gest mówiącego. Domyślamy się, że to Bóg Ojciec. Ręka Ojca jakby spoczywa na ramieniu drugiego mężczyzny z brodą, stojącego przed Nim. To Syn Boży, który również wyciąga przez siebie prawą rękę i tę wyciągniętą rękę trzyma na głowie człowieka, którego stwarza (postać człowieka jest o połowę mniejsza niż postaci wyobrażające Osoby Trójcy Świętej). W ten sposób artysta wyraził prawdę, że Bóg stworzył wszystko, człowieka i wszystko, co jest na świecie, poprzez Słowo. Św. Jan w prologu Ewangelii pisze: „Wszystko przez Nie [przez Słowo] się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Za plecami siedzącego na tronie mężczyzny, czyli za plecami Ojca, stoi trzeci mężczyzna z brodą. To Duch Święty. Tak wyobraża sobie artysta stworzenie człowieka, w którym bierze udział cała Trójca Święta. Ale dlaczego przywołuję ten obraz? Ponieważ jest jeden szczegół tego obrazu, który może wydawać się dziwny, ale który kryje w sobie głęboką i poruszającą prawdę. Otóż, Syn Boży, który jak wspomniałem trzyma prawą rękę na głowie człowieka, stwarzając człowieka, nie patrzy na człowieka. A gdzie patrzy? Patrzy w twarz Ojca! Tu warto przypomnieć słowa Jezusa zapisane również w Ewangelii wg św. Jana: „Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego” (J 5, 19).

Ponieważ Syn patrzy na Ojca, może stwarzać i może stwarzać piękne dzieło. Całą miłość, którą widzi w Ojcu, całą miłość, którą promieniuje oblicze Ojca, Syn przyjmuje i przekazuje, „wkłada”, angażuje w stworzenie człowieka. Przesłanie jest jasne! Nie gardź żadnym ze stworzeń, żadnym z dzieł Bożych, nawet najmniejszych, bo w nim jest „ulokowana” cała miłość Boga. Rabini żydowscy zastanawiali się, dlaczego Bóg objawił się Mojżeszowi w krzewie (Wj 3), a nie na przykład w drzewie. I choć można by odpowiedzieć na to pytanie tak po prostu, że tam, na pustyni, może drzew nie było, rabini przekazywali inną odpowiedź. Twierdzili, że Bóg objawił się w krzewie, aby podkreślić, że nawet najmniejsze czy najlichsze ze stworzeń może objawiać i objawia Boga. Już mówiliśmy w czasie rekolekcji, że Stwórca po stworzeniu nie pozostawił nas samym sobie, ale w swojej Opatrzności nam towarzyszy. Dziś w kolekcie modlimy się: „Boże, Ty w niewysłowionej opatrzności posyłasz nam, jako stróżów, Twoich świętych Aniołów”. Ci aniołowie, stróżowie najmniejszych, jak mówi Jezus, „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca”. Wpatrują się zawsze, stale w oblicze Ojca, czyli robią to, co robił Syn Boży, stwarzając. Wpatrując się w Boga, który jest Miłością, całą Miłość, która promieniuje z Jego oblicza, przyjmują i przekazują, wyrażając ją w trosce o najmniejszych. Bóg Ojciec stworzył nas przez Słowo i kontynuuje dzieło stworzenia posługując się aniołami stróżami, którzy przekazują nam Jego słowa.

„Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych…” – tę przestrogę Jezusa możemy dziś usłyszeć również jako skierowaną do nas, także w tym wymiarze, że i my należymy do tych „małych”, wobec których mamy uważać, by nimi nie pogardzać. Mamy się strzec, żebyśmy samymi sobą nie gardzili. Mamy się strzec, byśmy samych siebie nie oceniali poniżej tego, kim jesteśmy. A jesteśmy stworzeniami i przypomnijmy tę intuicję rabinów, że nawet najmniejsze czy najlichsze ze stworzeń może objawiać i objawia Boga.

Spróbujmy te treści odnieść do tekstu Ewangelii, którym dziś się modlimy przeżywając rekolekcje. Czytamy i rozważamy słowo o Janie Chrzcicielu, który jest wystawiony na pytania i to nawet na bardzo natarczywe pytania o swoją tożsamość. „Kto ty jesteś?” (J 1, 19), a potem: „Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? (…) Czy ty jesteś prorokiem?” (J 1, 21). I wreszcie: „Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?” (J 1, 22). Tyle, że Chrzciciel dopytywany natarczywie, co mówi sam o sobie, nie odpowiada swoimi słowami. Odpowiada cytując proroka: „Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz” (J 1, 23). Odpowiada słowem Bożym. Bo pierwszą i ostateczną prawdę, najgłębszą prawdę o nas, całą prawdę o nas, zna Bóg. Choć to, jak widzą nas ludzie i co o nas mówią ludzie, może być jakąś cząstkową i równocześnie bardzo pomocną nam intuicją w określeniu swojej tożsamości; również my sami możemy mieć jakąś swoją intuicję, kim jesteśmy. Ale to, kim jesteśmy i kim mamy się stać, zna zasadniczo Bóg. Bóg tę prawdę komunikuje nam poprzez swoich aniołów. Naszym „aniołem stróżem” jest – w pewnym sensie – słowo wypowiedziane przez Boga do nas. Anioł Stróż przynosić nam może słowo Boga, które „strzeże” naszej tożsamości, które „strzeże” naszego życia, które „strzeże” nas i umacnia pośród burz życiowych. Umacnia nas pośród burz życiowych, jak Jezusa w kontekście Męki. Dziś przypomniałem sobie, że św. Łukasz, jako jedyny, wspomina w Ewangelii, że w Ogrodzie Oliwnym Jezusowi ukazał się anioł z nieba i umacniał Go (zob. Łk 22, 43). Anioł umacniał Jezusa jako człowieka na drodze Miłości.

Pomyślałem, że jakiś impuls dla nas w rozważaniu roli aniołów w naszym życiu mogą stanowić teksty, które Kościół proponuje nam dziś w Liturgii Godzin. Mam tu teraz na myśli krótkie czytania z modlitwy w ciągu dnia. W modlitwie przedpołudniowej jest odwołanie do historii wyprowadzenia Piotra i Jana z więzienia, które było najlepiej, jak to tylko możliwe, zamknięte (Dz 5, 17-20). W godzinie południowej Kościół podsuwa podobną historię, która stała się udziałem Piotra. Anioł Pański budzi Piotra, zachęca go, by się ubrał, wyprowadza z więzienia, przeprowadza przez bramę miasta, przechodzi jedną ulicę i zostawia (Dz 12, 7-12). A w godzinie popołudniowej słyszymy o aniele, który przynosi setnikowi Korneliuszowi, poganinowi, słowo zachęty, przynosi mu taką dobrą intuicję od Boga: „Poślij ludzi do Jafy i sprowadź niejakiego Szymona, zwanego Piotrem” (Dz 10, 3-5). To jak historia św. Augustyna, kiedy był katechumenem i usłyszał w ogrodzie głos jakby dziecka: „Weź i czytaj! Weź i czytaj!”. Otworzył Pismo Święte i przeczytane wtedy słowo, przemieniło Jego życie. Prośby Boga o wrażliwość na intuicje podpowiadane nam przez aniołów stróżów.

PSz

---------------------------------------------------------------------

Miał dobrą intencję i, choć został odrzucony, intencja Go niosła
homilia – wtorek 26. tygodnia okresu zwykłego (rok I), 3 października 2017 r.
Za 8, 20-23; Ps 87, 1b-7; Łk 9, 51-56

Lubię tę Ewangelię i trochę się obawiałem, że rozważając ją po raz kolejny będę chodził wydeptanymi już ścieżkami, że nie wyjdę poza to, co już odkryłem. Może wydawało mi się, że już ją znam i że nic już nie może mnie w niej zaskoczyć. Wydawało mi się. Tymczasem… Nowość, dotąd zakrytą albo zasłoniętą, pomógł mi odkryć albo odsłonić mi przekład hiszpański, który „przypadkowo” (a może trzeba powiedzieć „opatrznościowo”) otrzymałem od współbrata w czerwcu bieżącego roku. Pierwsze moje poruszenie związane było ze słowami „dopełniały się dni wzięcia Jezusa z tego świata”. Dopełniały się dni „wzięcia Go do góry”, co może rodzić skojarzenie z wniebowstąpieniem, ale trzeba pamiętać, że św. Łukasz wskazuje nam, że droga Jezusa do góry nie ogranicza się do tej jednej tajemnicy, nie ogranicza się jedynie do Jego wniebowstąpienia, ale że ta droga do góry realizuje się poprzez wędrówkę z Galilei do Jerozolimy w Judei (ta droga jest drogą do góry tak, że Żydzi o pielgrzymowanie do Jerozolimy oddawali czasownikiem „wstępować”, a powrót z pielgrzymki czasownikiem „zstępować”). Droga Jezusa do góry, czyli do nieba, realizuje się przez mękę, śmierć, zstąpienie do piekieł i zmartwychwstanie. Powiedzmy, że ostatnim jej etapem jest wniebowstąpienie.

Tymczasem we wspomnianym przeze mnie przekładzie jest wyrażenie: „ce completaron los dias en que iba a ser llevado al cielo”, czyli dopełniały się dni, w których „miał być prowadzony/niesiony do nieba”. Oczywiście, że Syn Boży wstępuje do nieba o własnych siłach, bo jest Bogiem, dlatego mówimy, że On „wstąpił do nieba”. Ale tu na ziemi, jako człowiek, miał poddać się prowadzeniu przez słowo Ojca, przez wolę Ojca. Słuchał słowa Ojca niebieskiego na modlitwie i był przez tę wolę prowadzony. Więcej, był „niesiony” przez słowo Ojca. Również my mamy nosić w sobie, nosić i strzec w sercu słowo Boga, ale nosząc w sercu pełne mocy słowo Boga możemy też być niesieni przez to słowo. Pełne mocy i – trzeba to koniecznie dodać – pełne miłości słowo Boga przeprowadza nas przez (nie ponad) trudne sytuacje życiowe i spotkania, w których bywa, że jesteśmy traktowani, jak Jezus i Jego uczniowie w miasteczku samarytańskim: nie przyjęci. I to jest pierwszy obraz na dziś: słowo Boga, które niosę, niesie mnie! Słowo Boga, które niosę w pielgrzymce, wtedy gdy w życiu mam „pod górkę”, mnie niesie. Nie usuwa trudności, ale mnie przez nie przeprowadza.

I drugi moment. Słyszeliśmy: „Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jeruzalem”. W tym przekładzie hiszpańskim jest zdanie: „no lo recibieron, porque su aspecto era el de uno que caminaba hacia Jerusalén”. Nie przyjęto Go, ponieważ Jego oblicze było obliczem kogoś, kto był w drodze ku Jerozolimie (rzeczywiście w oryginale greckim jest trzy razy słowo „prosopon” – oblicze). Oblicze Jezusa było obliczem kogoś, kto ruszył do Jerozolimy. Dzięki temu chyba po raz pierwszy odkryłem, że w tym krótkim fragmencie Ewangelii aż cztery razy występuje czasownik „ruszyć” (gr. „poreúomai”). To jest ten sam czasownik, który występuje w nakazie misyjnym kończącym Ewangelię wg św. Mateusza: „wyruszywszy czyńcie mi uczniami wszystkie narody” (por. Mt 28, 19). Twarz Jezusa była twarzą misjonarza, twarzą kogoś, kto „wyruszył ku…”, „będącego w drodze”, „będącego w misji”, posłanego z misją. Tak, to Syn wysłany przez Ojca w misję poszukiwawczą! Twarz Jezusa jest twarzą Syna realizującego wolę Ojca, czyniącego uczniami wszystkie narody. To twarz pielgrzyma, czyli kogoś mającego cel, kto ma głęboką świadomość, że to, w czym uczestniczy, nie jest wycieczką (gdyby było wycieczką już dawno by się zatrzymał, doświadczając takich trudności zewnętrznych i cierpień wewnętrznych, jakich doświadczał). To była twarz „idącego”, będącego w ruchu, bo poruszonego przez słowo Ojca, przez wolę Ojca, przez rodzące się w Sercu Ojca pragnienie poszukiwania człowieka.

W dniu rozpoczęcia rekolekcji w liturgii przyglądaliśmy się Natanaelowi „będącemu w drodze”, którego Jezus, zanim go zawołał Filip, widział pod drzewem figowym. Dziś ten obraz wrócił do mnie, ale odniosłem go do Jezusa. Dziś patrzymy na Jezusa „będącego w drodze”, którego twarz jest naznaczona drogą. To Jezus, który kiedyś siedział „pod drzewem figowym”, to znaczy kiedyś zgłębiał Pisma, by słuchać Ojca i szukać woli Ojca. Jezus usłyszał słowo Ojca, posyłające go w akcję poszukiwawczą i wyruszył w drogę. I powtórzmy, że Jezus nie tylko niesie słowo Ojca, ale że słowo Ojca niesie Jezusa. Wraca dziś do mnie doświadczenie pielgrzymki i to, że jeśli człowiek udający się w pielgrzymkę ma intencję, to w pewnym sensie ta intencja go niesie. I czasem już ma dość, i w takiej samej kondycji na wycieczce już dawno by się zatrzymał, ale intencja go niesie.

Samarytanie nie przyjęli Jezusa, bo „miał intencję pójścia do Jerozolimy” (hiszp. „tenía intención de ir a Jerusalén”; wg La Biblia de Jerusalén). Ta „intencja” go niosła i z powodu tej „intencji” został odrzucony. O co chodzi w tej intencji pójścia do Jerozolimy? Jesteśmy w Ewangelii wg św. Łukasza. Ten Ewangelista opowiedział nam o pielgrzymowaniu dwunastoletniego Jezusa z Maryją i Józefem do Jerozolimy. Jaka jest intencja Jezusa? Jezus mówi: „Muszę być w tym, co jest mego Ojca” (Łk 2, 49). To „muszę” jest tłumaczeniem gr. „dei”, czyli że „trzeba, jest konieczne” według woli Boga. My to Jezusowe „muszę być” kojarzymy z powinnością bycia „w domu mego Ojca” (Biblia Poznańska), czyli najprościej mówiąc w świątyni, tymczasem chodzi o nie tylko o świątynię, ale jeszcze o coś więcej: o bycie „zajętym sprawami mego Ojca” (Biblia Warszawsko-Praska). Jezus ma twarz kogoś z jednej strony idącego do domu Ojca, do nieba, a z drugiej strony jest to twarz kogoś zajętego sprawami swojego Ojca, czyli troszczącego się o dzieci Ojca!

Warto mieć i odnawiać sobie codziennie dobrą intencję! Kiedy ją mamy, kiedy ją nosimy, ona nas nosi. Ale nie chodzi tylko o intencję typu: „o zdanie matury” itd., choć i taka jest ważna, ale o intencję życia na chwałę Bożą i w służbie Bogu. O znaczeniu tej „dobrej intencji” przypominali świeci i założyciele zgromadzeń. Zaczerpnę coś ze swojego podwórka. Założyciel salwatorianów, jeszcze w seminarium (w czasie rekolekcji przed święceniami subdiakonatu i diakonatu), zapisał w swoim dzienniku duchowym: „Wzbudź przed każdą ważniejszą czynnością dobrą intencję! A gdy wtedy nachodzi cię chorobliwa ambicja, odnawiaj ją (intencję) i mów: ‘Wszystko zostało już zapisane w spadku; wszystko należy do Boga; przychodzisz za późno, ty podły, bezczelny duchu ciemności!’” (DD I/108-109). A więc, wzbudzaj pragnienie życia na chwałę Boga. Licz się z tym, że może się pojawić „chorobliwa ambicja” (ujawni się szczególnie wtedy, gdy cię nie docenią, nie przyjmą, jak w tej sytuacji w miasteczku samarytańskim). Wtedy odnawiaj w sobie dobrą intencję! Nieco później, już jako diakon, Jordan zachęca siebie, by w pokusach mówić do kusiciela: „Nie z twego powodu zacząłem, przeklęty, i nie z twego powodu zakończę!” (DD I/139). Powtórzmy, że pielgrzym niesie intencję, a intencja niesie pielgrzyma! Zakonnik nosi intencję życia na chwałę Bożą, a ta intencja nosi zakonnika.

Jezus miał czystą intencję, a został odrzucony. Ta sytuacja ukazuje też przewrotność szatana. W innej sytuacji Jezus określił ją tak: „Przyszedłem w imieniu Ojca mego, a nie przyjęliście Mnie. Gdyby jednak przybył kto inny we własnym imieniu, to byście go przyjęli” (J 5, 43). To jest przewrotność. Gdybyś był, jak my, gdybyś był „swojak”, gdyby twoje życie nie konfrontowało nas z naszym życiem, to byśmy cię przyjęli, ale ponieważ jesteś inny, ponieważ nie jesteś egoistą, skupionym na sobie, żeby nie zakłócać swojego „świętego spokoju”, nie przyjmiemy cię. Choć trzeba pamiętać, że relacje samarytańsko-żydowskie od lat, a nawet od wieków (co najmniej pięciu czy sześciu) były bardzo napięte, i każdy pielgrzymujący do Jerozolimy przypominał jeden z boleśniejszych momentów tych relacji. Pomyślmy, jak czasem długo mogą trwać napięcia i dramaty w relacjach między sąsiadami, narodami. Trzeba też pamiętać, że takich pielgrzymujących do Jerozolimy przez Samarię, którzy mieli kłopoty, było więcej. Jezus nie jest jedynym. To pokazuje nam też pokorę Boga, który w Jezusie stał jednym z wielu Żydów, jednym z wielu pielgrzymujących do Jerozolimy, jednym z wielu ludzi, jednym z wielu przychodzących po chrzest do Jana Chrzciciela (nasze lectio). Żadnych fajerwerków, tylko zwyczajność. To jest Boży sposób zdobywania świata! Misja poszukiwawcza Syna Bożego dzieje się pośród zwyczajności, bez fajerwerków.

PSz

---------------------------------------------------------------------

Głęboko ukryty i zdradziecki wirus: „najpierw”
homilia – wspomnienie św. Franciszka, 4 października 2017 r.
[czytania ze środy 26. tygodnia okresu zwykłego – rok I]
Ne 2, 1-8; Ps 137, 1-6; Łk 9, 57-62

Czytając dzisiejszą Ewangelię, zastanawiałem się, próbowałem wyczuć, przy której z trzech przedstawionych w niej rozmów mam się zatrzymać. Każda z tych rozmów jest inna, bo rozmówcą Jezusa jest niepowtarzalny człowiek. O rozmówcach Jezusa w zasadzie nic nie wiemy. Pierwszy to „ktoś”, drugi – „inny” i trzeci – „inny”. Już to może nam uświadomić, że Bóg, choć coś o Nim wiemy, jest Inny od naszych wyobrażeń. I codziennie trzeba podejmować wędrówkę duchową, by spotkać się z Bogiem prawdziwym, takim „teraźniejszym”, a nie jedynie „wczorajszym”. Bóg stopniowo prowadzi nas w głębię Tajemnicy, którą jest. Chodzi więc o to, by codziennie spotykać się z Bogiem, takim, jakim On nam się objawia. Ale to nas uczula także na to, byśmy w spotkaniu z Bogiem i my byli „teraźniejsi”, dzisiejsi, czyli tacy, jakimi jesteśmy dziś; czyli ani „wczorajsi” ani „jutrzejsi”, ale byśmy w rozmowie z Bogiem, czyli w modlitwie, byli takimi, jakimi dziś jesteśmy. To jest, jak się mi wydaje, wspólna cecha trzech rozmówców Jezusa: oni są sobą, nie udają nikogo innego. W tym, co mówią ujawnia się ich niedojrzałość, ale właśnie to jest punktem wyjścia ich dojrzewania z pomocą Jezusa.

Stopniowo czułem coraz mocniejsze przynaglenie do tego, by zatrzymać się przy trzeciej rozmowie. W drugiej rozmowie inicjatywę ma Jezus; to On zaprasza kogoś do towarzyszenia Sobie. A trzecią rozmowę rozpoczyna przychodzący do Jezusa człowiek. Zaczyna od: „Pójdę za Tobą” (w rozważaniu będziemy szli za kolejnością słów w oryginale). To sformułowanie – „pójdę za Tobą” – jest w czasie przyszłym. A więc ów komunikuje ni mniej ni więcej, jak to: „Pójdę za Tobą! Ma się rozumieć, że pójdę! W przyszłości”. Nie wiemy, czy ta przyszłość oznacza „jutro”, „pojutrze”, „za tydzień” czy po prostu „później”, które może być nawet dziś, ale „później”. Pod koniec rekolekcji, jak widać, znów wraca do nas problem odkładania nawrócenia czy odkładania wypełniania rozpoznanej woli Bożej „na później”. W oryginale Ewangelii ta właśnie deklaracja: „pójdę za Tobą” wyprzedza tytuł „Panie”. I tu mamy następny sygnał, następną przestrogę. Bo można postawić swoje deklaracje, swoje postanowienia, przed relacją z Panem. Można być bardziej skupionym na swoim postanowieniu niż na Jezusie, za którym chcę pójść, któremu chcę towarzyszyć. Można niestety przeżywać relację z Bogiem akcentując swoje „ja” i przesuwając na drugie miejsce „Ty”, nawet jeśli On jest Panem.

A więc: „Pójdę za Tobą, Panie. Najpierw jednak…”. Słowo „najpierw” wypowiada również drugi rozmówca Jezusa. I to ono stanowi sedno problemu i drugiego, i trzeciego rozmówcy Jezusa. Oni obaj wyznają, że Jezus jest „Panem”. Tak Go nazywają. A nazywając Go „Kyriosem”, uznają, że jest Pierwszy. Ale równocześnie w ich myśleniu, w ich planach jest jakieś „najpierw”. Uderzająca jest ta sprzeczność, którą ujawniają, bo zdają się mówić: „Jesteś Pierwszy, ale najpierw…”. Rozumiemy więc św. Benedykta, który z doświadczenia życia wprowadził do Reguły dwie zasady. Pierwsza ma charakter bardziej ogólny: „Niczego nie przedkładać nad miłość Chrystusa” (4, 21). A druga jest jej konkretyzacją: „w porze Bożego Oficjum skoro tylko odezwie się sygnał, trzeba pozostawić wszystko, co mamy w rękach, i biec jak najśpieszniej, z powagą jednak, aby nie rozpraszać innych. Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej” (43, 1-3). I choć u św. Benedykta określenie „służba Boża” tu dotyczy modlitwy chórowej, możemy je odnieść do wszelkiej postaci służby Bożej.

Mając przed oczami grecki tekst Ewangelii, można zauważyć coś jeszcze. Otóż, w języku greckim słowa „Kyrie” i „proton” („Panie” i „najpierw”) ze sobą sąsiadują. Są oddzielone jedynie kropką. „Pójdę za Tobą, Panie. Najpierw zaś zezwól mi pożegnać się z tymi w domu”. Pragnienia i pokusy bywają bliskimi sąsiadami. W najbliższym sąsiedztwie najpiękniejszych Bożych pragnień, próbują się osiedlić bardzo subtelne pokusy. I bywają trudne do wykrycia. Czasem, pisze św. Paweł, „szatan zmienia swoją postać na anioła światłości” (por. 2 Kor 11, 14). Chce pozostać w ukryciu. Zarówno w świecie roślin, jak i zwierząt, zaobserwowano zjawisko dostosowywania się wyglądem niektórych z nich do otoczenia dla ochrony przed naturalnymi wrogami (mimezja, mimikra). Bóg jest Światłością, stąd szatan czasem ukrywa się pod postacią anioła światłości, aby być trudniej wykrywalnym. Szatan zdaje się czasem ukrywać się w pięknych pragnieniach (w dzisiejszej Ewangelii są to dobre przecież pragnienia pogrzebania bliskich zmarłych czy pożegnania się z bliskimi). Choć przypomnijmy sobie, że pod Cezareą Filipową Szymon Piotr miał dobre pragnienie, żeby Jezusa nic złego nie spotkało i okazało się, że uczeń był wówczas kuszony przez szatana pod pozorem dobra. Bywa, że szatan ukrywa się tam, gdzie jest „najciemniej”, a najciemniej bywa, jak mówimy, „pod latarnią”. Niby świeci, bo mobilizuje do dobra, zachęca do czegoś dobrego, jak uczestnictwo w pogrzebie czy pożegnanie się z bliskimi, ale jego głęboko ukrytym i zdradzieckim zamiarem jest destrukcja, zniszczenie. Bo chodzi mu o to, żeby coś, cokolwiek to będzie, ustawić w życiu kuszonego „najpierw”, to znaczy przed Pierwszym, przed Panem.

Ten wirus, ukryty w słowie „najpierw”, można ze sobą wnieść wchodząc do klasztoru. Człowiek, który przychodzi do Jezusa, jest przecież dobrym, życzliwym dla innych człowiekiem. Subtelność jednak i przewrotność kuszenia polega na tym, że próbuje on w relację z Jezusem wnieść swoje kryteria i od samego początku relacji z Jezusem żyć według ustalonych przez siebie kryteriów, w których jest jakieś „najpierw”. Chce połączyć ze sobą rzeczy niepołączalne. Tu od wczoraj towarzyszy wspomnienie św. Teresy z Avila i jej autobiografii „Księga życia”. Teresa pisze tam, że chciała „pogodzić ze sobą dwie rzeczy tak przeciwne, życie duchowe z pociechami, upodobaniami i rozrywkami zmysłowymi”. Mówiła: „Z jednej strony Bóg mnie wzywał, z drugiej ja szłam za światem. Rzeczy Boże sprawiały mi wielką pociechę, a rzeczy światowe trzymały mnie na uwięzi”. Rozrywki zmysłowe zapewniała Teresie rozmównica. Lubiła towarzystwo, dała się lubić. Była świadoma, że miała łaskę od Boga, że gdziekolwiek była, umiała podobać się wszystkim i wszędzie i była bardzo lubiana. Jedną nogą była w klasztorze, a drugą w rozmównicy (która przecież jest w klasztorze, a nie poza murami klasztoru, i na tym polega subtelność), gdzie nigdy nie brakowało przyjaciół i krewnych („sami przychodzili”). „Nurzała się” w tym morzu, przeżywała to rozdarcie, jak sama wyznała, blisko dwadzieścia lat. Ale podstępny wirus w życiu św. Teresy osiedlił się nie tylko w tej przestrzeni. Był bardziej ukryty. Ukrył się w fałszywej pokorze, która skłoniła ją, „taką rozdwojoną”, do rezygnacji z medytacji.

W zasadzie to chyba dziś jest najważniejsze przesłanie: ostrzeżenie, by uważać, aby jakieś „najpierw” nie weszło przed Tego, który jest Pierwszy! Zbliża się powoli koniec rekolekcji. Co możemy próbować „ugrać” mówiąc: „pozwól mi pożegnać się ze swoimi w domu”. A może to jest tak, że chcemy na Jezusie wymóc: „Panie, jeszcze tylko raz. Tylko się pożegnam. To już naprawdę będzie ostatni raz. Jeszcze tylko ten raz, a potem koniec”. Nie wiem, jak w was, ale we mnie, w takim kontekście, wybrzmiewa intuicja, że to są słowa nałogowca. Takiej argumentacji używa czasem człowiek uzależniony: „Pójdę w przyszłości. Jeszcze raz, a potem koniec”. A Jezus? Wydaje mi się, że odpowiada na krótkim: „dziś”, a nawet więcej: „teraz”. Jezus, przypomnijmy słowa skierowana nad Jordanem do Jana Chrzciciela, mówi: „Pozwól teraz!” (Mt 3, 15). Albo odpowiada nam przytoczonymi wcześniej słowami św. Benedykta z Reguły: „w porze Bożego Oficjum skoro tylko odezwie się sygnał, trzeba pozostawić wszystko, co mamy w rękach, i biec jak najśpieszniej, z powagą jednak, aby nie rozpraszać innych. Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej”.

PSz

---------------------------------------------------------------------

Czy zgłębiasz słowo Boga? Czy słowo Boga zgłębiło ciebie?
homilia – wspomnienie św. Faustyny Kowalskiej, 5 października 2017 r.
[czytania ze czwartku 26. tygodnia okresu zwykłego – rok I]
Ne 8, l-6.7b-12; Ps 19, 8-11; Łk 10, 1-12

Chcę rozpocząć od słów, które w czasie Jubileuszu Miłosierdzia i po jego zakończeniu pomagały mi w modlitwie słowem Bożym. Papież Franciszek w bulli ogłaszającej Rok Miłosierdzia napisał: „Tym, co pobudzało Jezusa we wszystkich okolicznościach, nie było nic innego jak miłosierdzie, które pozwalało Mu czytać w sercach swoich rozmówców i odpowiadać na ich najprawdziwszą potrzebę” (MV, 8). Biorąc Biblię do rąk pamiętajmy, że tym, co porusza Jezusa, Słowo Ojca, w relacji z nami, jest miłosierdzie; że Słowo Ojca czyta w naszym sercu, czyli w naszej historii, jak w otwartej księdze; i że daje nam odpowiedzi na najprawdziwsze nasze potrzeby, niekoniecznie zaś na to, co my odczuwamy jako potrzebę.

Pierwsze słowo na dziś. Uczniowie zostają przez Jezusa wysłani tam, gdzie Jezus sam przyjść zamierzał. Mają głosić Dobrą Nowinę. Ta nowina brzmi: „zbliżyło się królestwo Boże”. To jest dobra nowina, którą głosił Jan Chrzciciel. „Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie”. Prorok znad Jordanu uczulał siebie i innych na Boga, który jest nie tylko „blisko”, ale który jest „pośród” nas. My dziś mamy być wrażliwi na tajemnicę Boga, który się zbliżył i który chce się objawić, czyli „odsłonić”, jako obecny „blisko”, a nawet „pośród” nas. Dla tych, którzy przyjmą posłanych przez Jezusa uczniów i dla tych, którzy ich nie przyjmą, nowina jest z jednej strony ta sama, a z drugiej strony jednak nie ta sama. Tam, gdzie zostaną przyjęci uczniowie mają mówić: „zbliżyło się DO WAS królestwo Boże”, natomiast tam, gdzie nie zostaną przyjęci: „zbliżyło się królestwo Boże”. To jest to samo i nie to samo, bo w drugim przypadku brak sformułowania: „do was”. Dobra Nowina jest ta sama, ponieważ królestwo Boże „zbliżyło się”, ale jeśli nie zostało ono przyjęte, uczniowie pomijają sformułowanie „do was”. Dlaczego? Bo ci, którzy Ewangelię przyjmują, mają nie tylko wiedzę o niej, ale mają osobiste doświadczenie Ewangelii. Stąd słyszą: „zbliżyło się DO WAS królestwo Boże”. Ci natomiast, którzy Ewangelii nie przyjęli, mają wprawdzie wiedzę o bliskości królestwa Bożego i mogą nawet tej wiedzy mieć dużo, ale brak im osobistego doświadczenia Ewangelii, bo jej nie przyjęli. To tak, jak z wiedzą o deszczu i doświadczeniem deszczu. W tej chwili zaczęło padać, a my jesteśmy w kaplicy i mamy wiedzę o tym, że pada deszcz. Gdybyśmy jednak wyszli na zewnątrz, mielibyśmy doświadczenie deszczu. Wiedzieć o Ewangelii, a dać się „przemoczyć” Ewangelią, to są dwie różne sprawy.

Uczniowie Jezusa, posłani tam, gdzie Jezus przyjść zamierzał, mają, podobnie jak Jan Chrzciciel, przygotować drogę ludzi do Jezusa. W jaki sposób przygotować drogę innych do Jezusa? Nie nauczając, ale będąc uczniem. Słuchając Jezusa! „Czyńcie mi uczniami wszystkie narody!” (por. Mt 28, 19), a więc, bądźcie uczniami Boga, słuchającymi i posłusznymi, a w ten sposób będzie najlepszymi nauczycielami narodów. Więcej, będziecie mistrzami. A mistrz to więcej niż nauczyciel. Nauczyciel może przekazać dużo wiedzy, a mistrz oprócz wiedzy przekazuje mądrość życia, która wynika z doświadczenia. Bądźcie uczniami, którzy mają doświadczenie słuchania Boga i bycia Mu posłusznymi, a będziecie mistrzami narodów. W Ewangelii dzisiejszej zatrzymało mnie też dziś inne słowo. Słyszymy: „wysłał ich przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał”. Gdy słyszymy „do każdego miasta i miejscowości”, rodzić to może w nas skojarzenie: „do każdego miasta i wsi”. Wieś czy „miejscowość” kojarzymy z terenem zaludnionym, może mniejszym od miasta. Tymczasem mowa jest o „miejscu” (gr. „topos”), a to niekoniecznie musi być zaludnione. Tuż przed rozmnożeniem chleba uczniowie mówią do Jezusa: „miejsce jest puste” (Mt 14, 15: „erēmos estin ho topos”). Tu przypomnijmy Filipa, o którym mowa w ósmym rozdziale Dziejów Apostolskich, który zostaje wysłany przez Boga na drogę „schodzącą” z Jerozolimy do Gazy. A anioł Pański, który przekazuje Filipowi wolę Boga, informuje go nadto, że ta droga jest „pusta” (gr. „eremos”). Oto jedno z „miejsc”, do których Jezus przyjść zamierza: pusta droga z Jerozolimy do Gazy. I Filip, poszedł na „pustą” drogę, jak Jan Chrzciciel poszedł na pustynię. A chwilę potem na tej „pustej” dotąd drodze, pojawił się człowiek, Etiop, poganin. To tak, jak na pustynię za czasów Jana Chrzciciela, ciągnęły tłumy grzeszników, „pogan” i pogan.

Pamiętamy, że Etiop wracał z Jerozolimy czytając proroka Izajasza. Piękny obraz. Gdyby on jechał w kierunku świętego miasta czytając Biblię, ale on wracał czytając Biblię… To może być uwrażliwienie nas na pokusę, która może się pojawić po rekolekcjach (jak po pielgrzymce do Jerozolimy): „tyle się modliłaś, już się ‘namodliłaś’, to teraz sobie możesz odpocząć”. Czasem po rekolekcjach taka pokusa się pojawia. Wróćmy do Etiopa. Czytał Izajasza, ale nie rozumiał, co czyta. Filip pyta go: „czy rozumiesz, co czytasz?” (Dz 8, …). To nie było pytanie o wiedzę, o ilość wiedzy na temat księgi Izajasza, ale o głęboką znajomość tego, co czyta. To jest pytanie, jak to Natanaela zadane Jezusowi: „Skąd mnie znasz?”, tj. „skąd mnie tak głęboko znasz?”. Spróbujmy usłyszeć to pytanie Filipa jako skierowane do nas: Czy zgłębiłeś słowo Boga i czy słowo Boga zgłębiło ciebie? Czy masz to doświadczenie, że gdy zgłębiasz słowo Boga, ono zgłębia ciebie? Czy przyjąłeś słowo w siebie, w swoje życie, i masz to doświadczenie, że słowo cię zgłębiało, przeniknęło? Czy też znasz je jedynie intelektualnie? Etiop odpowiada: „Jak mogę rozumieć, skoro nikt mi nie wyjaśnił?”. Jak mogę zrozumieć, skoro nikt mnie nie „poprowadził”? Filip ma okazję poprowadzić Etiopa. Może to uczynić, ponieważ wcześniej sam słuchał słowa Bożego i był Bogu posłusznym, wcześniej sam dał się poprowadzić. Ma doświadczenie bycie prowadzonym, a nie tylko wiedzę o tym. On jest jednym z „jagniąt”, które Jezus posłał między „wilki”. I to „jagnię” dało się posłać. Dlatego może nie tylko wyjaśnić słowami, a niejako sobą samym może wyjaśnić Etiopowi, że słowa Izajasza o owcy prowadzonej na rzeź i baranku, który milczy, gdy go strzygą (Dz 8, 32-34), odnoszą się do Jezusa. Uczeń Jezusa przygotowuje drogę i „jest drogą” do Jezusa.

Być uczniem. Na to doświadczenie bycia uczniem uczula dziś pierwsze czytanie. Uczula ono na doświadczenie bycia uczniem nie tylko indywidulanie, ale we wspólnocie. Po latach niewoli Izraelici wrócili do swojej ojczyzny, a teraz zebrali się w Jerozolimie. Wrócili z niewoli, gdzie doświadczali konsekwencji niesłuchania i nieposłuszeństwa głosowi Pana; tam doświadczali konsekwencji grzechu, który jest niesłuchaniem. I teraz chcą słuchać. Chcą słuchać tak bardzo, że proszą Ezdrasza, by przyniósł i czytał księgę Prawa Mojżeszowego. Nawet „domagają się” tego, jak słyszeliśmy przed chwilą w przekładzie używanym w liturgii. Gromadzą się przed bramą Wodną. Gdzieś natknąłem się na informację, że to był teraz niepoświęcony. Autor księgi dwa razy powtarza informację o miejscu (plac przed bramą Wodną), aby za drugim razem powiedzieć, że „uszy całego ludu był zwrócone ku księdze Prawa”. Święty Hieronim oddał to w sformułowaniu „aures erectae”, „uszy postawione”. Wyobraźmy sobie zająca, który gdy dobiegają do niego nieznane głosy „stawia uszy [słuchy]” i nasłuchuje, by zbadać, czy jest bezpiecznie czy też nie. O, gdybyśmy czasem w obliczu niebezpieczeństwa, pokus, „nadstawiali uszu” na głos Boga, uniknęlibyśmy wielu niebezpieczeństw!

I ostatni sygnał. Słyszymy, że Ezdrasz „stanął na drewnianym podwyższeniu” (łac. „super gradum ligneum”), a potem, że lewici objaśniali Prawo, gdy lud był „na swoim miejscu”. I znów tu przychodzi mi pewne światło czytając przekład św. Hieronima. On napisał, że lud był „in gradu suo”, czyli „na swoim stopniu”, „na swoim poziomie”. Właśnie wtedy, gdy jesteśmy u siebie, „na swoim poziomie”, możemy doświadczać Boga, który się do nas zniża, który do dziecka mówi jak do dziecka, do młodego jak do młodego, a do dorosłego jak do dorosłego. Nie trzeba „stawać na paluszkach”, ale trzeba słuchać Boga, który zstępuje na nasz poziom, oczywiście zstępuje po to, by nas zaprosić do wstępowania w Jego towarzystwie i dzięki Jego mocy na poziom wyższy. I właśnie wtedy, kiedy lud jest „na swoim poziomie”, doświadcza łaski zrozumienia Pisma Świętego. Autor księgi opowiada, że czytano dobitnie z dodaniem wyjaśnienia. A święty Hieronim znów przychodzi z piękną intuicją i pisze „aperierunt sensum et explicaverunt lectionem”. Lewici nie tylko wyjaśniali, ale ludowi „otworzyli sens” Pisma. Prośmy o pragnienie słuchania Słowa, o łaskę uważnego słuchania Słowa, aby gdy my je zgłębiamy, ono zgłębiało nas. Abyśmy będąc uczniami Jezusa, słuchającymi Go i posłusznymi, dającymi się prowadzić i posyłać, mogli innych przygotowywać na spotkanie z Nim, jedynym Mistrzem!

PSz

---------------------------------------------------------------------

 

   

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl