O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Rok Ojca Jordana w Krakowie - konferencja, 8 grudnia 2017 ...


Rok Ojca Jordana w Krakowie

„Ojciec o MARYJNYM sercu”
konferencja - 8 grudnia 2017

 

Konferencja wygłoszona przez ks. Krzysztofa Wonsa SDS w kościele pw. Boskiego Zbawiciela w Krakowie, 8 grudnia 2017 r., w ramach Roku Ojca Jordana, przygotowującego do setnej rocznicy śmierci czcigodnego sługi Bożego Franciszka Marii od Krzyża (Jan Chrzciciela) Jordana, która przypadnie 8 września 2018 r.

 

 

 

 

TEKST KONFERENCJI
[spisany z nagrania]

Drodzy współbracia! Drogie współsiostry! Drodzy, zgromadzeni w tej świątyni o wieczornej porze. To szczególny wieczór, wieczór maryjny. Wieczór, w którym rozbrzmiewają modlitwy do Maryi, Niepokalanie Poczętej. Wielu świętych ukochało taką właśnie Matkę (wystarczy przywołać św. Maksymiliana M. Kolbego), wielu świętych nam nie znanych. Być może o. Jordan, czcigodny sługa Boży, o. Franciszek Maria od Krzyża Jordan, także wielu z was jest mało znany. Warto więc, tak sądzę, ten wieczór maryjny spędzić z człowiekiem, który – można to powiedzieć z całą śmiałością – „do szaleństwa” ukochał Maryję, bo był z perspektywy świata patrząc człowiekiem szalonym; z Bożej perspektywy był człowiekiem świętym, miłującym Boga i ludzi.

Ten wieczór dla nas, salwatorianów i salwatorianek, jest szczególny także z innego powodu. To wieczór, w którym przywołujemy tamten dzień, ósmy dzień grudnia. Był wtedy czwartek, 136 lat temu, 1600 km stąd, w Rzymie na Piazza Farnese, w skromnej kaplicy domu św. Brygidy zgromadziło się na Mszy św. trzech mężczyzn, trzech kapłanów. Cały Rzym z pewnością niewiele o nich wiedział. Wielu nie domyślało się, jak ważne i święte było tamto spotkanie. Wśród nich był ojciec Jordan. Było tam też dwóch pierwszych współtowarzyszących mu w zakładaniu dzieła, które dziś nazywamy „Towarzystwo Boskiego Zbawiciela”, „Salwatorianie” i „Salwatorianki”. Co się wydarzyło tamtego wieczoru? Kiedy nadszedł czas komunii świętej, (…) w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP, a Jordan specjalnie wybrał ten dzień, dwóch kapłanów na jego ręce złożyło proste śluby (nazwali je „wewnętrznymi”) całkowitego oddania się Bogu, by żyć Ewangelią tylko dla Niego i dzielić się nią z ludźmi.

Warto przywołać pewien kontekst tamtego dnia. Właśnie tego dnia, rozbrzmiewały dzwony na Placu św. Piotra, innym potężnym placu w Rzymie, bo właśnie czterech świętych zostało wyniesionych na ołtarz. Pomyślałem sobie, jaki Bóg jest niezwykły w swoich tajemnicach. Tam wielka uroczystość, wyniesieni w glorii chwały Bożej na ołtarze święci, a tu, gdzieś w Rzymie, przy innym rzymskim placu, niedużym, ale też znanym, w skromnej kaplicy trzech kapłanów daje początek temu dziełu, które dzisiaj dalej istnieje. Pomyślmy! Po 136 latach, salwatorianie są w 42 krajach. Gdyby policzyć placówki i kraje, w których są siostry salwatorianki, liczba by się pomnożyła. Blisko 1200 członków gałęzi męskiej, około 1300 sióstr zakonnych – salwatorianek. Tak Bóg działa! Bóg jest Dawcą życia. Kto potrafi zanurzyć się w źródle życia którym jest Bóg, staje się niezwykle płodny. I właśnie dlatego tego wieczoru, w dniu maryjnym, chciałbym mówić do was o ojcu, bo tak nazywamy księdza Franciszka od Krzyża Jordana; o ojcu, który miał serce niezwykłe, tak płodne, że dał życie wielu. Do dzisiaj to życie jest przekazywane, z serca do serca, nie inaczej; i wreszcie, o ojcu, który ma serce maryjne, byśmy zaglądnęli do jego serca i przeżyli z nim niezwykłą więź, bo to w sercu przechowujemy więzi, więź z Matką, Maryją. Wierzę, że ten ojciec tego wieczoru zamieni jeszcze raz tę świątynię Bożą w dom rodzinny, w którym na nowo poczujemy relację z nim i między sobą.

Dlaczego księdza, który przecież nie miał rodziny i nie przekazał biologicznie życia, nazywamy „ojcem”? Nazywamy go tak, bo obecne tutaj mamy i każdy obecny tutaj tata powie nam najlepiej, że by być ojcem nie wystarczy zrodzić biologicznie życie, by być matką nie wystarczy biologicznie przekazać życie. Każdy z was wie doskonale, a my możemy tylko od was się dowiedzieć, że prawdziwe ojcostwo i macierzyństwo… ono swoje wydarzenie przedłuża w ojcostwie i macierzyństwie duchowym: towarzyszyć życiu, które się narodziło, dzień po dniu, kształtować je miłością, patrzeć, jak rośnie i dojrzewa – to jest prawdziwe ojcostwo i prawdziwe macierzyństwo. I dlatego mówimy o ojcostwie duchowym, które naznaczyło serce i to bardzo naznaczyło serce Jordana. Tak iż nazywamy go zakonodawcą. Miał serce niezwykle płodne. Płodne, ponieważ kochał. Tyle płodności, ile miłości! To miłość jest najbardziej płodna.

Jordan kochał przede wszystkim Boga samego. Rozpoznał go zwłaszcza w obliczu Jezusa Chrystusa. I to właśnie Jezus Chrystus, w którym rozpoznał jako Zbawiciela świata… Otrzymał szczególny dar szczególnego odczytania Ewangelii, jak to jest w charyzmacie zakonodawcy. Potrafił w Ewangelii odkryć oblicze Jezusa, które zachwyciło nie tylko jego, ale także jego duchowych synów i duchowe córki. Życie przekazać może tylko osoba! Żadna organizacja, żadna struktura, - mówiąc naszym językiem zakonnym -, żadne reguły, nawet te najlepiej napisane, nie przekażą życia, nie przekażą charyzmatu. Życie może przekazać tylko osoba osobie! Jordan kochał i potrafił wokół swego serca skupiać wielu, którym mógł przekazać życie. Przekazywania życia uczył się od Jezusa Chrystusa i uczył się go od Jego Matki.

Tu jeszcze koniecznie musimy się zatrzymać przy słowie „serce”, bo bardzo często używamy tego słowa, ale nie zawsze mamy to samo na myśli. Ja chcę mówić o sercu w języku Biblii, tak jak Biblia pojmuje i widzi ludzkie serce. Serce to nie jakieś ciepłe miejsce w nas, w którym ulokowane są ludzkie uczucia. Serce, powiedziałaby nam Biblia, to epicentrum osoby; to siedziba osoby ludzkiej. Tak, serce zawiera emocje, uczucia, ale serce zawiera także twoje myśli. Serce zawiera twoje pragnienia i zamiary, twoje plany, decyzje i czyny. I teraz wszystko zależy od tego, czy w tym sercu jest miłość, bo jeśli jest miłość, ona będzie potrafiła te plany, te decyzje, te czyny, te pragnienia, dobrze, w sposób życiodajny przekazać. Kiedy w sercu brakuje miłości, staje się destruktywne i zamiast przekazywać życie, może je burzyć.

Jordan miał serce wypełnione miłością do Boga i człowieka. Nie wiem, czy ktoś z was, osób świeckich, znajdujących się tutaj, miał w ręku dziennik duchowy ojca Jordana. Jest on jak kardiogram. W jego dzienniku duchowym możecie przeczytać całą historię jego miłości do Boga i do człowieka. Tam zapisywał swoje przeżycia, uczucia i emocje, swoje pragnienia, zamiary, decyzje i czyny. Tam poznajemy jakby wewnętrzną twarz tego człowieka. To tak, jak wy, kiedy żyjąc blisko siebie w domu, będąc ze sobą, nie potrzebujecie dzienników czytać, ale znać człowieka z bliska, by znać człowieka od wnętrza. Jordan zostawił nam ten niezwykły dokument własnego serca, dziennik duchowy. W nim możemy poznawać płodność jego serca.

Co to znaczy, że miał serce maryjne? Przypomniały mi się czytane niedawno w liturgii słowa Jezusa: „Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, ale ten, kto słucha słowa Bożego, kto wypełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (por. Mt 7, 21 – różne są wersje tego słowa u synoptyków). Kto jest Jezusowy? Nie ten, kto mówi: „Panie, Panie”. Kto jest maryjny? Niekoniecznie ten, kto mówi: „Maryjo, Maryjo”, ale ten, kto jak Ona słucha słowa i je wypełnia. Jezusowy jest ten, kto staje się podobny do Jezusa. Maryjny jest ten, kto staje się podobny do Maryi. Jest coś niezwykłego w darze natury, który Jordan otrzymał. Był, jak podkreślają to badacze jego życia i historii, człowiekiem o szczególnej wrażliwości także na serca kobiece. To ciekawe, ponieważ był introwertykiem. Był kontemplatykiem. Wielu mówiło, że był nieśmiały, czasem się nawet peszył. A znał bardziej lub mniej 50 języków. I potrafił rozsiać to wielkie dzieło Boga, bo miał takie serce, na wszystkie kontynenty. Tak, że dzisiaj nie ma kontynentu (poza tym najzimniejszym), na którym nie byłoby salwatorianów.

Wiele rzeczy, wiecie o tym, wynosi się z domu. Historia Jordana jest ciekawa. Właściwie należałoby sięgnąć do domu jego mamy. Jego mamy, Notburga, pochodziła z wielodzietnej rodziny. I z ośmiorga jej rodzeństwa, siedmioro zmarło. Jak może się czuć dziecko i jak może przeżywać życie, kiedy widzi, jak rodzeństwo, jak bracia i siostry umierają i to wkrótce? Pomyślałem, choć nie wiem, czy tak było, ale jest to we mnie, jak naturalne przeczucie, jak bardzo musiała cenić życie. Jak musiała cenić to, że żyje! Jak musiała cenić życie i jak musiała cenić to, że przeżyła! I dlatego sama kochając życie, potrafiła kochać swoje dzieci. Mówi się, że Jordan, młodszy syn Jordanów, miał szczególną relację z mamą. Był szczególnie do niej przywiązany. S. Ulrike Musick SDS pisze w jednym ze swoich tekstów, że znane są trzy sytuacje, o których wiemy, że Jordan płakał. Płakał, kiedy wyjechał na Bliski Wschód, a potem do Jerozolimy; płakał, kiedy zobaczył Jerozolimę. Przypomniał mi się Jezus, który płakał zbliżając się do Jerozolimy. Jordan płakał także, kiedy pisał pierwszą regułę. Klęczał przed Najświętszym Sakramentem, dwa tygodnie spędził w Einsiedeln, w Szwajcarii, gdzie jest największe sanktuarium maryjne Szwajcarii, gdzie jest figura Czarnej Madonny, gdzie jest opactwo benedyktyńskie. „Zaszył się” tam, klęczał i płakał pisząc regułę dla nas, salwatorianów. Trzecia sytuacja, kiedy płakał – to było po śmierci mamy, kiedy odwiedził jej grób ze starszym bratem. Miał serce niezwykle wrażliwe, także wobec kobiet. Jordan należał do awangardy tamtych czasów. Pamiętajmy, że rok 1881 to początek naszego zgromadzenia zakonnego. Kobieta w Kościele i jej miejsce była inaczej widziana niż dzisiaj. Był większy dystans, większy umiar – nazwijmy to delikatniej. Jordan wiedział, że kobieta w Kościele ma swoje miejsce szczególne, że ma swoją misję w Kościele, której nie wypełni nikt inny. Mówię o tym w kontekście jego maryjnego serca. Bo tą Kobietą, z którą się duchowo i na całe życie związał i do której często mówił: „Matko, Mamo”, to była właśnie Maryja.

W tym ostatnim akapicie rozważań chciałbym mówić już tylko o maryjności jego serca. Chciałbym powiedzieć o trzech rzeczach. Jak streścić maryjność Jordana? Co szczególnego było w tym powołaniu w powołaniu? Bo każdy z nas, - myślę, że każdy z nas, tutaj obecnych -, powiedziałby: „jestem maryjny”. Każdy z nas jest maryjny na swój sposób. A co oznaczało „jestem maryjny”, kiedy mówił to Jordan? A potem, co cechowało jego więź z Maryją? Co było szczególnego w jego więzi z Maryją? I wreszcie, na koniec, jak spotykał się z Maryją?

Miałe to szczęście przez pięć lat mieszkać w Domu Macierzystym. I mówię o tym tylko z jednego powodu. Miałem wtedy taki czas, kiedy reflektowałem także nad maryjnością ojca Jordana. Ilekroć wchodziłem do kaplicy głównej naszego domu, bardzo skromnej, a nawet surowej w swym wystroju, zawsze przykuwały moją uwagę trzy najważniejsze święte miejsca: tabernakulum, duży krzyż, który wypełnia – ma się takie wrażenie – całą ścianę tej kaplicy, a pod krzyżem figura Maryi, Matki Bolesnej. Nota bene, była to kopia cudownej figury, czczonej od trzystu lat przez Monachijczyków. Nie przypadkiem znalazła się ona w tej kaplicy. Ofiarowała ją Jordanowi pewna dobrodziejka, znając jego maryjne serce. Otóż, to mi bardzo pomogło streścić maryjność Jordana. Nie chcę powiedzieć, że to, co mówię, jest absolutnie wyczerpujące. Być może to tylko moje widzenie jego maryjności, ale także czytałem w wielu miejscach i znajdowałem potwierdzenie tego, o czym chcę powiedzieć.

Chcę powiedzieć, że Jordan spotykał Maryję często, a nawet najczęściej, pod Krzyżem. Dlaczego pod Krzyżem? Dlatego, że Jordan był wpatrzony w Jezusa Zbawiciela. Dla niego Jezus Zbawiciel to Ukrzyżowany. Do tego stopnia rozkochał się w Jezusie Ukrzyżowanym, że przyjął imię „Franciszek Maria od Krzyża”. Zauważmy to „Maria”. Kiedy patrzył na Krzyż i Ukrzyżowanego, pod Krzyżem widział Ją. I wydaje się, że to w jakiś sposób streszcza jego maryjność. Ten „tryptyk”. Najświętszy Sakrament…, przed którym modlił się często. Są świadectwa, że – ponieważ mamy blisko do Bazyliki św. Piotra; nasz dom położony jest praktycznie przy samym Placu św. Piotra – wielu ludzi widziało go, widziało Jordana, jak chodził do Bazyliki św. Piotra odmawiając różaniec; że właściwie – używając pewnego kolokwializmu – nigdy nie próżnował, nawet po drodze. Widziano go poruszającego ustami, nawet na korytarzach; jak modli się na różańcu idąc do Bazyliki. Wystarczyło 5-7 minut, by być w Bazylice. Tam wchodził do kaplicy Najświętszego Sakramentu i tak się modlił, jest takie świadectwo, że mówiono: „jeśli chcecie zobaczyć, jak modli się święty, idźcie do kaplicy Najświętszego Sakramentu w Bazylice św. Piotra. Zobaczycie, jak modli się święty”. Był cały poruszony, cały zatopiony w modlitwie. Ale Najświętszy Sakrament był dla niego spotkaniem z Tym, którego często spotykał na Krzyżu, którego widział Ukrzyżowanego. Tam się rozogniał, tam się rozpalał! Dlatego powtórzy, jeśli dobrze pamiętam, słowa św. Grzegorza Wielkiego w swoim dzienniku, kiedy napisze: „Kto nie płonie, ten nie zapala!”. Jakie to prawdziwe! Kto nie płonie, ten nikogo nie zapali! Kto nie ma ognia w sercu, kto nie ma ognia miłości w sercu, nie zapali! Jordan potrafił zapalać, potrafił zapalać sobą!

O. Pankracy Pffeifer SDS, kiedy widział go modlącego się przed Krzyżem i przed Matką Bolesną, mówił, że Jordan był jak dziecko, które dobija się do Matki. „To było porywające” – pisał o. Pfeiffer. „Sprawiał wrażenie człowieka, który wprost dobija się o opiekę i pomoc Matki Najświętszej”. A ks. Pfeiffer to był intelektualista, człowiek bardzo rozeznający, skupiony, intelektualny. Poruszał go taki Jordan.

Pobożność maryjna Ojca Jordana, przenikała jego niezwykle wrażliwą, a jednocześnie stanowczą i wymagającą osobowość. To jest niezwykłe w człowieku: ta spójność! Być stanowczym, być wymagającym i być wrażliwym. To czyni człowieka twórczym i na takim człowieku można się oprzeć. Jordan nie zatrzymywał się na zmiennych doznaniach uczuciowych. Jego pobożność maryjna była zakorzeniona w bezkompromisowym naśladowaniu cnót Maryi. Zażyłość z Maryją rodziła się z jego zażyłości z Jezusem. W Jezusie odkrył Zbawiciela, w Maryi – Matkę Zbawiciela. I można by tu mówić wiele, ale chcę już przejść do tego drugiego pytania, co najbardziej cechowało jego więź z Maryją.

Co najbardziej cechowało jego więź z Maryją? To było to, co cechowało jego więź z Bogiem. Dziecięca ufność! Kiedy czyta się jego Dziennik duchowy, a zaczyna go pisać jeszcze jako student, jako kleryk (święcenia kapłańskie przyjął, gdy miał 30 lat; studia teologiczne rozpoczynał mając 26 lat, więc był już mężczyzną, który wchodził w czas większej dojrzałości), kiedy czyta się jego dziennik wtedy i kiedy czyta się notatki z czasu, gdy miał 59 lat, kiedy czyta się jego dziennik pod koniec życia (umiera, mając 70 lat), wszędzie w tym dzienniku jest dzieckiem. Jest zawsze dzieckiem! Bo jest takie dziecięctwo, które jest niezależne od wieku. To nie była dziecinada, to było dziecięctwo! Czym charakteryzuje się to dziecięctwo? Dlaczego Jezus tak bardzo „wynosi” dziecko i daje je jako przykład? Czy dlatego, że jest takie idealne? Każdy z nas był dzieckiem i wie, że każde dziecko ma także „coś za uszami”. Dziecko ma cechę, ma cnotę, której będziemy się całe życie uczyli. To ufność! Ufność! Zaufanie! Dziecko się powierza, całkowicie! I to było w nim. Jeżeli będziecie pod tym kątem czytali jego dziennik, zobaczycie, ile tam jest dziecka, ile jest dziecka w jego zaufaniu do Maryi!

Musiał bardzo ją kochać, skoro mu się śniła po nocach. Zapisał taki sen w swoim dzienniku. Miał 22 lata. Wspomina to wydarzenie. Ten sen musiał mieć dla niego szczególne znaczenie: „Kiedy pewnego razu we śnie byłem prześladowany przez wielki tłum ludzi i uciekałem objawiła mi się Maryja z Dziecięciem na rękach, otoczona wspaniałym blaskiem. Spojrzała na mnie (uśmiechając się z wielką łaskawością) i wówczas upadłem na kolana, będąc gotowy do zniesienia wszystkich prześladowań na jakie będę narażony”. Zauważmy! W jednym śnie: lęk, przerażenie… I ten przerażony potrafi upaść na kolana i powiedzieć: „jestem gotowy na wszystko”. Takim uczynił go spotkanie z Maryją, to zażyłe spotkanie z Nią.

Przed wstąpieniem do seminarium, namalował nawet obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem. Niektórzy wiążą ten fakt z przytoczonym snem, jakby chciał wyrazić w obrazie to, co przeżył.

Maryja uczyła go przeżywać bezradność. Obecni tu mężczyźni mogą coś powiedzieć, bo przeżywamy to bardziej niż kobiety, co znaczy być bezradnym jako mężczyzna. To jest jeden z tych stanów, który najtrudniej znosimy. Mężczyzna nie chce być bezradny. Ma sobie radzić, ma potrafić. Ma być oparciem dla domu, dla innych. A on zamieniał bezradność w postawę dziecka pełnego ufności. Nie wstydził się przyznać do swej bezradności. Wprost przeciwnie, potrafił się nawet nią chlubić. To nie jest częste u mężczyzny. A pomagała mu w tym serdeczna więź z Maryją, z Matką. Czuł się przy Niej bezpieczny i odważny w działaniu. Powierzał się Jej bez przerwy. Powierzał się Jej w momentach przełomowych, w tych wielkich i w tym najmniejszych, w drobiazgach. Bo takie jest dziecko. Powierzał się Jej!

Można by tutaj czytać różnego rodzaju teksty z jego dziennika, które mówią o jego dziecięcej ufności do Marii. „O Matko Boża, wszechmocy błagająca, w Twoje ręce składam moje losy. Pomóż mi, strzeż mnie”. „A Ty, Matko Boga, przez zasługi naszego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Boga Żywego, pomóż mi i strzeż mnie, nie spóźniaj się”. Albo jeszcze: „A Ty, Królowo nieba, Matko Boga, najlepsza z matek, wysłuchaj mnie, nie czekaj dłużej, ach! zobacz nędzę”. Tak się modli dziecko, dorosły mężczyzna zakładający wielkie dzieło, znane w przyszłości na całym świecie. Tylko dzieci wejdą do Królestwa! Tylko dzieci budują Królestwo! „O Matko Boża, jutro jest dzień Twego święta, pomóż mi przez miłość Jezusa”. Miał taki sposób… Gdy były urodziny albo imieniny Maryi, „wypominał” Jej to albo raczej przypominał Jej to. I wtedy mocniej prosił o łaski. Jakby chciał korzystać z przywilejów takiego dnia.

I na końcu chcę wam powiedzieć o czymś, o czym być może nie słyszeliście w jego pobożności maryjnej. Nie słyszałem, by ktoś inny miał taką praktykę. Nie słyszałem. Podobne praktyki mogli mieć też inni. W każdym razie, miał szczególny sposób rozmawiania z Maryją. Miałem tu jeszcze wiele propozycji, by je wam przedstawić, opowiedzieć, jak z Nią rozmawiał. Spotykał się z Nią na różańcu… Ale miał pewną praktykę szczególną, o której chcę powiedzieć na koniec. Była to praktyka karteczek, bilecików, które zostawiał w rękach Maryi. Miał 52-centymetrową figurkę Matki Bożej z Lourdes i w Jej złożonych dłoniach składał prośby: jakieś szczególne sytuacje, które przeżywał, potrzeby, które miał, sytuacje, z którymi sobie nie radził. 120 takich karteczek z różnymi intencjami zachowało się do dzisiaj. Zostawiał te intencje, powierzał je z ufnością Maryi. Te kartki ukrywane w Jej dłoniach, świadczyły o tym, że składał siebie w Jej ręce. Niektóre sprawy, zapisane na kartkach, pozostawiał w rękach Maryi także, kiedy udawał się w podróż. Nawet wtedy, kiedy opuścił już Rzym na zawsze, jeszcze napisał list: „Tylko uważajcie na te karteczki, które zostały i które są tam, przy Madonnie, przy Maryi! Niech tam będą!”. Była też taka karteczka: „Polska!”. Niewielu wie, że w Trzebini, niedaleko stąd, był siedem razy. Trzebinia to było dla niego ważne miejsce (dzisiaj również maryjne). Miało być „przyczółkiem”, bo, pamiętamy, to były czasy zaborów i tam był „punkt węzłowy”, „brama”, by pójść bardziej na wschód.

Chciałbym zakończyć jego słowami, które wypowiedział na zakończenie pierwszej kapituły. My także, jako polska prowincja, jesteśmy przed kapitułą prowincjalną (co trzy lata odbywają się kapituły prowincjalne, a co sześć lat - kapituły generalne; w czasie kapituł decyduje się o przyszłości zgromadzenia, o rozwoju, omawia się plany rozwoju i problemy bieżące). On po pierwszej kapitule, której bardzo się bał, - bo bał się, że to, co instytucjonalne zdusi to, co jest charyzmatem dzieła -, a po kapitule był bardzo zadowolony. Kończąc powiedział tak i niech to będą życzenia dla nas wszystkich na ten dzień, 8 grudnia: „Poszerzcie wasze serca, usiłując stać się wszystkim dla wszystkich, abyście wszystkich zdobyli dla Chrystusa, pod opieką Najświętszej Maryi Panny, królowej Apostołów, i pod sztandarem Zbawiciela Świata, któremu cześć, chwała i uwielbienie na wieki wieków”.

Bóg zapłać wam za ten wspólny wieczór! Czynię to w imieniu tutaj obecnych, salwatorianów i salwatorianek, na czele z naszym przełożonym, ks. Piotrem Filasem SDS. Dziękujemy, że jesteście z nami, że chcecie być z nami. Ks. Piotr Szyrszeń SDS koordynuje spotkanie, które odbywają się w tym roku każdego ósmego dnia miesiąca, ponieważ w tym roku przeżywamy setną rocznicę śmierci, nazywaną często rocznicą „narodzin dla nieba”, ojca Jordana. Na koniec jego życia Maryja zrobiła mu „prezent”. Został zabrany do nieba 8 września, w święto narodzin Najświętszej Maryi Panny. Zapraszamy was na kolejne spotkania, każdego ósmego dnia miesiąca. Najbliższe już w styczniu. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

=== === === === ===

 

Homilię w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP wygłosił ks. Henryk Łodziana SDS – zob. nagranie: „Niepokalana – pierwsze odkupione Miejsce na ziemi”.


NAGRANIE HOMILII [KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

 

=== === === === ===

 

ROK  OJCA  JORDANA
u salwatorianów na Zakrzówku
- każdego ósmego dnia miesiąca -

 

W „Roku Ojca Jordana” (8 IX 2017 - 8 IX 2018) każdego ósmego dnia miesiąca, zapraszamy na wieczorną Eucharystię z homilią i konferencją do kościoła salwatorianów pw. Boskiego Zbawiciela przy ul. św. Jacka 16 w Krakowie na Zakrzówku.

 

Najbliższe spotkanie: poniedziałek, 8 stycznia 2017
– godz. 18.30 – Msza św. z homilią;
– godz. 19.30 – konferencja.

 

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl