O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ojcowie Kościoła uczą nas czytać Biblię - homilie ...


OJCOWIE KOŚCIOŁA UCZĄ NAS CZYTAĆ BIBLIĘ
VII Dni Duchowości Biblijnej
11-14 listopada 2010

TEKSTY HOMILII

---------------------------------------------------------------------

Z miłością i zaangażowaniem szukać Boga na kartach Pisma
homilia – czwartek 32 tygodnia zwykłego, 11 listopada 2010 r.
Flm 7-20; Ps 146, 6c-7.8-9a.9bc-10, Łk 17, 20-25


W dniu rozpoczęcia VII Dni Duchowości Biblijnej poświęconych tematowi „Ojcowie Kościoła uczą nas czytać Biblię” chcemy usiąść na kolanach Matki Kościoła, by przeczytać razem z Nią te fragmenty księgi Pisma Świętego, które Matka Kościół dla nas dzisiaj wybiera. Pismo Święte trzeba czytać siedząc na kolanach Matki Kościoła. Chcemy więc sięgnąć po księgę Pisma Świętego i czytać je tak, jak czynili to Ojcowie Kościoła. A oni przede wszystkim byli duszpasterzami, nie studiowali Pisma Świętego, by zdobyć tytuły naukowe, ale zgłębiali Słowo, by samemu Nim żyć na co dzień i by powierzonej sobie wspólnocie dać pokarm.

Ojcowie Kościoła uczą nas kochać Biblię. Pierwsza rzecz, która  zatrzymuje mnie i uderza w czasie lektury listu do Filemona to sposób, w jaki św. Paweł określa Onezyma – owego niewolnika, który uciekł od Filomena, a Paweł teraz odsyła go do swojego pana. Mówi o nim „moje dziecko, które zrodziłem w kajdanach”, a to słowo przywołuje w mojej pamięci wypowiedź-wyznanie Apostoła Narodów z pierwszego listu do Koryntian: „Choćbyście mieli bowiem dziesiątki tysięcy wychowawców w Chrystusie, nie macie wielu ojców; ja to właśnie przez Ewangelię zrodziłem was w Chrystusie Jezusie” (1 Kor 4, 15). Dalej św. Paweł mówi o Onezymie: „serce moje” i zachęca Filemona, by przyjął go „już nie jako niewolnika, lecz więcej niż niewolnika, jako brata umiłowanego”. Paweł, który mówi o Onezymie: „dziecko moje, serce moje”, zachęca Filomona, by przyjął swojego niewolnika jako „brata umiłowanego”. Ojcowie uczą nas najpierw kochać Biblię – to fundament naszej lektury. Bez ukochania Słowa nie ma zaangażowania w poszukiwanie czasu dla Słowa. Bez umiłowania Słowa nie ma uważnego słuchania Słowa. Bez miłości nie ma zrozumienia Słowa. I bez miłości doświadczenie trwania w Słowie może być do bólu nudnym. Trzeba przyjąć Słowo tak, jak matka tuli w ramionach nowonarodzone dziecko i strzec Słowa tak, jak umiłowanego syna czy córki, brata czy przyjaciela. Św. Paweł zachęca Filemona, by przyjął Onezyma, o którym mówi „serce moje”, w nowy sposób, inaczej niż dotychczas. A my jesteśmy zachęcani, by przyjąć Słowo Boże - to, co Matka Kościół ma najdroższego. Jesteśmy zachęcani, by przyjąć Słowo Boga, które objawia Serce Boga, i uczynić to w nowy sposób, być może inaczej niż dotychczas.

Kiedy czytałem dzisiejszy fragment listu do Filomena przypomniała mi się pewna sytuacja. Przed kilku laty dzieliłem się z pewną osobą swoją studencką codziennością. W pewnym momencie usłyszałem pytanie, które wprowadziło mnie w mały kryzys: „musisz studiować czy chcesz studiować?”. Nie potrafiłem odpowiedzieć od razu na pytanie i już sam ten fakt pokazywał, że coś jest na rzeczy. I dla klarowności, to nie było tak, że miałem problemy z uczęszczaniem na zajęcia czy z zaliczaniem egzaminów, ale czegoś w tym moim studiowaniu brakowało. To pytanie pozostało we mnie długo: „musisz studiować czy chcesz studiować?”. Wróciło  ono do mnie od razu, gdy zacząłem czytać dzisiejszy fragment listu św. Pawła. Apostoł bowiem zwraca się do Filemona: „choć z całą swobodą mogę w Chrystusie nakładać na ciebie obowiązek, to jednak raczej proszę w imię miłości”. A chwilę później dodaje: „postanowiłem niczego nie uczynić bez twojej zgody, aby dobry twój czyn był nie jakby z musu, ale z dobrej woli”. Paweł nie chce używać nawet najbardziej subtelnej formy przemocy. Choć mógłby z całą swobodą nakładać obowiązek, jednak on zachęca, a czyni  i czyni to z zaangażowaniem. Bóg nie zdobywa serca swojego ludu i swoich dzieci przemocą, ale pokorą. Paweł odtworzył w sobie tę postawę Jezusa. Pytam więc siebie i Was: czytam Biblię, bo muszę czy też bo chcę? Idę na medytację, bo muszę czy bo chcę? Modlę się, bo muszę czy modlę się, bo chcę? W czasie tej sesji formacyjnej sięgnę po księgę Pisma Świętego z musu czy z całym zaangażowaniem mojego serca? Zadbam w tych czterech dniach o klimat pustyni, bo ekipa CFD mnie do tego zachęci, przynagli czy też zadbam o przestrzeń ciszy, bo chcę? Ileż razy otwieramy Biblię i nasz sposób czytania – czytania z obowiązku – niweczy przyświecający mu cel. Czytamy Słowo nie pozwalając Mu obmyć naszego serca, nie pozwalając Mu wywrzeć wpływu na nasze codzienne życie. W tym kontekście przywołuję radę św. Ignacego Loyoli, który uczestników ćwiczeń duchownych zachęca: „Temu, który przyjmuje i odprawia Ćwiczenia, wielce pomoże, jeśli wejdzie w nie wielkodusznie i z hojnością względem swego Stwórcy i Pana i złoży mu w ofierze całą swą wolę i wolność, aby Boski jego Majestat tak jego osobą, jak i wszystkim, co posiada, posługiwał się wedle najświętszej woli swojej”.

I jeszcze jedna myśl, tym razem na kanwie dzisiejszej Ewangelii, Może ona stanowić lustro, w którym zobaczymy, jak wygląda nasze spotkanie ze Słowem Bożym w Piśmie Świętym. Jezus mówi: „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: «Oto tu jest» albo: «tam». Oto bowiem królestwo Boże jest pośród was”. Królestwo Boże „nie przyjdzie dostrzegalnie”, ale „jest pośród was”. „Zapragniecie ujrzeć…, a nie zobaczycie”. Jezus ostrzega uczniów, by nie tracili czasu na bieganie za nowinkami czy sensacjami: „Powiedzą wam: «Oto tam» lub: «oto tu». Nie chodźcie tam i nie biegnijcie za nimi”. Królestwo Boże jest pośród was, tu i teraz obecne. Trzeba odkryć logikę objawiania się Boga – logikę Wcielania. Bóg jest Bogiem ukrytym. Staje się człowiekiem. Objawia się Maryi pośród codzienności w peryferyjnym Nazarecie. Rodzi się w stajni. Emigruje do Egiptu. Trzydzieści lat żyje i pracuje w Nazarecie. Niezauważony musi wiele wycierpieć. Sąsiedzi go nie rozpoznają i będą próbować zabić, strącić ze skały. Nierozpoznany będzie wyśmiany, „odrzucony przez to pokolenie”, umęczony i zabity. To tak, jakby Jezus chciał powiedzieć: „Królestwo Boże jest pośród was, ale wy je odrzucacie, ponieważ gonicie za sensacjami i nowinkami”. Jezus ostrzega nas, byśmy sięgając po księgę Pisma Świętego nie tracili czasu na bieganie za nowinkami czy sensacjami, ale szukali Go ukrytego w „literze”. Zakończę myślą niedawno beatyfikowanego Johnego Henry’ego Newman’a: „Nie ma nic trudniejszego niż zdyscyplinowanie i systematyczność w sprawach religii. Łatwo o pobożność, która manifestuje się w zrywach i o żarliwość podtrzymywaną za pomocą sztucznych podniet. Systematyczność przeciwnie; ta wydaje się nas krępować i stajemy się niecierpliwi. Dotyczy to szczególnie tych, dla których świat ma wciąż posmak nowości i którzy mogą robić, co się im żywnie podoba. Religia to główna dziedzina ich życia wymagająca systematyczności. Tolerują zatem religię o tyle, o ile potrafią upodobnić ją do innych rzeczy z tego świata, a więc kiedy budzi ona ich ciekawość, zmienia się, rodzi ekscytację”.

Moi Drodzy! Słowo Boga jest wśród nas. Prośmy więc o miłość do Słowa. Prośmy o postawę zaangażowania w czytaniu i medytowaniu Słowa i wreszcie prośmy o łaskę wytrwałego szukania Boga, który ukrywa się w literze Pisma, który objawia się tu i teraz.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Nie ma czasu do stracenia na sprawy marginalne
homilia – piątek 32 tygodnia zwykłego, 12 listopada 2010 r.
2 J 4-9; Ps 119, 1-2.10-11.17-18 ; Łk 17, 26-37


Nie możecie sobie wyobrazić emocji, jakich doznaję tego wieczoru. Czuję radość, że mogę zbliżyć się do ludzi w ojczyźnie Jana Pawła II. Proszę go, by wypraszał mi siłę, abym mógł mówić do Was w tych dniach. Wiecie, jak bardzo był on kochamy również przez Włochów.

Słowo Ewangelii, które Kościół proponuje nam dzisiaj, to odpowiedź na pytanie, które wszyscy po trochu sobie stawiamy. Wszyscy możemy odnaleźć się w tych faryzeuszach, którzy zadali Jezusowi pytanie, kiedy nadejdzie Królestwo Boże. Tyle pokoleń zadawało sobie to pytanie, kiedy i jak przyjdzie Królestwo Boże oraz po czym – dzięki jakim znakom – rozpoznamy, że nadchodzi Królestwo Boże. Historia Kościoła, zwłaszcza historia ostatniego wieku, jest pełna wizji, słów i postaci przemawiającej Matki Bożej… Człowiek wierzący chce wiedzieć, widzieć, dotknąć. My również jesteśmy tacy. Chcielibyśmy zobaczyć na własne oczy i dotknąć naszymi rękoma. Chcielibyśmy usłyszeć słowa Jezusa, Matki Bożej czy świętych. Odpowiadając nam za pośrednictwem Ewangelii św. Łukasza Jezus oddramatyzowuje te pełne niepokoju oczekiwania.

Pierwsze stwierdzenie, jakie przekazuje nam św. Łukasz Ewangelista to słowa, że Królestwo Boże nie przychodzi po to, by przyciągać naszą uwagę. Nie chce odpowiadać na pokusę łatwego szukania cudów. Odpowiedź Jezusa jest dużo bardziej angażująca. Odpowiedź Jezusa wzywa do wejścia w głąb. Jezus zdaje się mówić: „Nie oczekujcie na fakty niezwykłe, na nadzwyczajne sprawy! Popatrzcie raczej w głębię waszego serca i spróbujcie się zastanowić, czy w waszym sercu jest miejsce dla Królestwa Bożego!”. Jeśli bowiem nasze serce jest miejscem, w którym jesteśmy całkowicie do Jego dyspozycji, to taka dyspozycyjność serca oznacza naszą gotowość na przyjście Królestwa Bożego. Ewangelista Łukasz jest bardzo precyzyjny: „Nie wierzcie tym, którzy mówią: ‘widziałem Królestwo Boże tam na górze, widziałem je na brzegu jeziora, widziałem Królestwo Boże tam na niebie! Nie dawajcie im posłuchu!”. A potem pojawia się wezwanie: „Zostawcie tak zwaną religię! Zaufajcie raczej wierze, ponieważ Królestwo Boże jest wewnątrz was!”. To słowo „wewnątrz” nie zawsze jest dobrze przetłumaczone w językach nowożytnych. Egzegeci dyskutują, jakim słowem należało by je oddać: „między wami”, „pośród was” czy też „w waszym towarzystwie”? Odpowiedzi, jakich udzielają egzegeci, jest wiele. Ojcowie Kościoła natomiast zawsze kładli nacisk na wnętrze. Królestwo Boże objawia się stopniowo. Królestwo Boże objawia się w miarę, jak czynimy mu miejsce w naszym wnętrzu. Musimy zaufać Królestwu Bożemu. Bo w każdym razie światło rozbłyśnie w ciemnościach, a ciemności, jakkolwiek gęste by się zdawały, nigdy nie zwyciężą światła. Ojcowie Kościoła radzą nam, byśmy przygotowali się na przyjęcie światła z sercem prostym, dyspozycyjnym i przejrzystym. To jest pierwsza część wypowiedzi.

Druga część odpowiedzi Jezusa może się wydawać bardziej dramatyczna. Jest to odpowiedź, która odsuwa na bok wszelkie nasze kalkulacje i wszystkie wypracowywane przez nas projekty. Jest to odpowiedź, która odsuwa na bok wszystkie nasze pretensje i oczekiwania, że to my zbudujemy Królestwo Boże. Królestwo Boże jest czymś, co do nas przychodzi. Przychodzi do nas w ten sposób, że z naszej strony nie oczekuje niczego, jak tylko naszego bycia. To nie my przygotowujemy Królestwo Boże; to nie my je zdobywamy. Wszystko przychodzi od Niego; wszystko przychodzi jako łaska, która zstępuje z nieba. Jest to łaska, która domaga się odpowiedzialności. Dar bowiem, który przychodzi z nieba, pociąga za sobą również sąd. W tym punkcie pojawia się bardzo tajemnicza postać – postać Syna Człowieczego. Jest to ten sam Syn Człowieczy, który w Ewangelii Mateusza jest ukazany jako zasiadający na tronie na końcu czasów, jako gromadzący u swoich stóp całą ludzkość i stawiający jednych po prawej stronie, a drugich po stronie lewej. To Syn Człowieczy, który sądzi, a Jego sąd jest sądem w prawdzie. Ale sądzi tak, że my nie potrafimy wykalkulować momentu, w którym będzie sądził. Tradycja teologiczna w tej kwestii wyróżnia eschatologię, która nastąpi na końcu czasów, oraz eschatologię osobistą. Cokolwiek jednak mówią teologowie, jedna rzecz jest pewna, że wszyscy będziemy wezwani nie wiedząc, kiedy, gdzie i jak, aby wobec Niego zdać sprawę z naszego życia. Przypomnijcie sobie znaną przypowieść o bogatym człowieku, który zgromadził wiele dóbr i myślał, że będzie mógł spokojnie żyć jako emeryt ze swoich bogactw. A tymczasem słyszy Słowo Boże: „Głupcze, jeszcze tej nocy umrzesz”. Jest to wizja dramatyczna, która dotyczy nas wszystkich, ponieważ nikt z nas nie zna tego momentu.

Inne podkreślenie, jakie czyni Łukasz, jest następujące, że każdą chwilę winniśmy przeżywać tak, jakby to był ostatni nasz moment na ziemi. Stąd doniosłość tego, by dobrze obserwować i usiłować zrozumieć znaki czasu. Było bowiem tylu ludzi współczesnych Noemu i wszyscy oni mogli obserwować historię tak, jak obserwował ją Noe. A jednak tylko Noe zrozumiał znaki czasu i zaczął zbudować arkę, w której mógł w końcu znaleźć ratunek. Tu przychodzą nam z pomocą Ojcowie Kościoła, którzy mówią, że arka to Kościół. Ale arka to również serce każdego z nas. Jeśli chcemy osiągnąć zbawienie, musimy zważać, by znaleźć się w tej arce zbawienia, jaką jest Kościół, ale także samych siebie musimy uczynić arką zbawienia, ponieważ jesteśmy świątynią Pana. Św. Łukasz zauważa, że kto znajdzie się poza tą arką, czyli poza Kościołem, kto będzie znaleziony poza świątynią, czyli poza rzeczywistością ludzi ochrzczonych, każdy kto będzie strzegł z bojaźnią i drżeniem świątyni, którą jest każdy z nas, będzie się mógł znaleźć w tej samej sytuacji, w której znaleźli się ludzie współcześni Noemu pogrążeni przez wody potopu.

Drugi przykład, który proponuje Łukasz, to przykład Lota i jego żony, ale przede wszystkim wszystkich współczesnych Lotowi, którzy mieszkali w Sodomie i w Gomorze. Mieszkańcy tych dwóch miast nie potrafili odkryć, że poprzez dwóch młodzieńców, którzy pukali do ich drzwi, sam Pan prosił o gościnę w ich domach, a oni tej gościny odmówili. Rozumiemy, że Królestwo Boże puka do naszych drzwi, puka każdego dnia i w każdej chwili. Jeśli otworzymy, On wejdzie wnosząc swoje światło i swoje zbawienie. Ale jeżeli nie otworzymy okien, by pozwolić wejść światłu, światło z szacunkiem zostanie na zewnątrz, a my – jak okaże się na końcu – będziemy ofiarami takiego naszego postępowania. Podobnie, jak zdarzyło się mieszkańcom Sodomy i Gomory, i jak zdarzyło się żonie Lota, która nie zgodziła się na to, by patrzeć wciąż do przodu w kierunku zbawienia, ale stała się ofiarą swojej własnej ciekawości. I w ten sposób powracamy do początku czytanej przez nas karty Ewangelii św. Łukasza. Powraca myśl o ciekawości, o ciekawości religijnej, o naszym pragnieniu, by być świadkami cudów mniej czy bardziej niezwykłych. Istnieje ryzyko, że pozostaniemy na poziomie owej ciekawości religijnej i nigdy nie otworzymy się na wiarę. Wskazówka jest bardzo precyzyjna: Nie zatrzymujmy się na ciekawości na tle religijnym i na pretensji, że poprzez nasze formuły religijne przygotujemy się na przyjście Królestwa Bożego! Jaka więc jest propozycja, którą stawia przed nami Jezus w dzisiejszej Ewangelii? Nie ma czasu do stracenia na sprawy marginalne, na sprawy powierzchowne czy mało ważne, które mogłyby nam ofiarować jakieś przejściowe zadowolenie, ale nie dotykają serca. Wszystko rozstrzyga się w sercu. Pytanie, jakie dziś należałoby postawić, to pytanie, gdzie jest Twoje serce i w którym kierunku się zwraca. Musisz dokonać wyboru! Musisz dokonać wyboru, ponieważ może to być dla Ciebie ostatnia sprzyjająca okazja! Jest to konkluzja dzisiejszej Ewangelii. Syn Człowieczy przyjdzie jak złodziej nocą. Tego, który będzie gotowy, zabierze ze sobą; a tego, kto gotowy nie będzie, zostawi. Odpowiedź na ostatnie pełne ciekawości pytanie: „gdzie Panie?” jest następująca: Zostawcie te wynikające z ciekawości pytania! Pan bowiem wie, gdzie, jak, kiedy i kogo zabrać ze sobą.

Innocenzo Gargano OSB Cam.

---------------------------------------------------------------------

Czyż Bóg, będący samą Miłością, mógłby o was zapomnieć?
homilia – sobota 32. tygodnia zwykłego, 13 listopada 2010 r.
3 J 5-8; Ps 112, 1-2.3-4.5-6; Łk 18, 1-8


Może nie wszyscy wiedzą, że Bracia Męczennicy (pięciu Braci Męczenników), których wspomnienie dziś obchodzimy byli uczniami Założyciela mojej wspólnoty zakonnej, który nazywał się św. Romuald. W ten sposób rozumiecie, że moja tradycja sięga tych samych lat, które wyznaczają początki Polski. Dla nas, kamedułów, męczeństwo owych pięciu Braci stanowi podsumowanie drogi mnicha. Św. Romuald, mój założyciel, mówił, że dla tych, którzy dopiero przyszli ze świata, jest konieczna dyscyplina życia wspólnego. Tym, którzy wzrośli w wierze i doszli do dojrzałości, dana jest samotność eremu [pustelni]. Tym natomiast, którzy chcą niejako zniknąć i stać się jednym z Chrystusem, trzeba otworzyć drogę męczeństwa poprzez ewangelizację. Można powiedzieć, że tu i teraz, razem z wami, ja przeżywam tę trzecią fazę życia mnicha… Różnica jednak jest taka, że ci pięciu męczennicy byli w stanie nauczyć się trochę języka polskiego, ja natomiast jestem w przysłowiowym punkcie „zero”; dziękuję więc za cierpliwość, którą okazujecie, słuchając mnie.

Sięgnijmy do odczytanego fragmentu Ewangelii wg św. Łukasza. Jest to tylko kilka wersetów, zaledwie osiem, ale są to wersety bardzo intensywne. Łukasz Ewangelista informuje nas, że Jezus opowiedział przeczytaną przez nas dziś przypowieść, aby podkreślić konieczność modlitwy nieustannej, konieczność nie ulegania zmęczeniu na modlitwie. Aby jednak modlić się zawsze – a jest czymś oczywistym, że nie chodzi o to, by ciągle odmawiać modlitwy – chodzi o to, aby przemienić się i stać się modlitwą. Zobaczmy, w jaki sposób Jezus wyjaśnia nam konieczność ciągłej modlitwy. Jezus obserwuje sytuacje w świecie i zauważa, że mogą zaistnieć takie sytuacje, w których ten, który powinien pełnić sprawiedliwość, wydaje się całkowicie głuchy i niewrażliwy. Chodzi o takich ludzi, którzy nie boją się ani Boga ani innych ludzi, a myślą tylko o sprawowaniu władzy. Niestety, zdarza się i tak, że z pomocy takich właśnie ludzi potrzebujemy korzystać. Nie są to osoby sprawiedliwe, nie są to osoby uczciwe ani godne. Są to osoby bardzo sztywne i zamknięte same w sobie. A jednak czasem ich potrzebujemy. Co robić, gdy stajemy przed niesprawiedliwym sędzią? Jezus, aby nam to wyjaśnić, ukazuje nam pewną wdowę. To wdowa, która doznała krzywdy od swojego nieprzyjaciela i pragnie sprawiedliwości. Zatrzymajmy się przy owej wdowie.

Słowa, która wypowiada ta wdowa, są słowami bardzo tajemniczymi. Wdowa bowiem prosi sędziego, by mogła uzyskać sprawiedliwość wobec swojego przeciwnika. Termin „przeciwnik” powtarza się kilkakrotnie w Ewangelii. Pojawia się również w niewielkiej przypowieści, w której Jezus zachęca: „Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze! Bo jeśli nie zdołasz się z nim pogodzić, on może Cię zaciągnąć do sędziego, może cię zaciągnąć do sądu i możesz zostać skazany, a sędzia przekaże Cię dozorcom, ci zaś wtrącą cię do więzienia”(por. Mt 5, 25). W tym przypadku zakłada się, że dana osoba zaciągnęła jakąś winę wobec przeciwnika, więc lepiej jest, by się z nim pogodziła, zanim będzie za późno. Oto pierwszy tajemniczy motyw, pierwsze tajemnicze pytanie na kanwie dzisiejszej przypowieści: Jaka jest relacja między wdową i jej przeciwnikiem? Kim albo czym jest dla wdowy ów przeciwnik? Może to być ktoś, kto ma względem niej, mimo wszystko, jakieś prawo. Ale może to być również ktoś, kto jest jak kolec w boku; może to być coś, o czym św. Paweł mówi w swoich listach, kiedy mówi o ościeniu w ciele i prosi Pana, by go od niego uwolnił. Czym jest ten oścień w ciele? Czy tym kolcem nie mógłby być również ów „adversarius”, ów przeciwnik. Ojcowie Kościoła – myślę teraz o św. Augustynie – utożsamiają owego przeciwnika z tekstem, który mamy przed sobą, gdy czytamy Biblię. Biblia ukazuje nam nasze ograniczenia i nasz grzech; a Jezus mówi, że musimy pogodzić się z tym przeciwnikiem, czyli musimy dać się ocenić, musimy dać się osądzić przez Słowo Boże, aby żyć z Nim w zgodzie. Inna interpretacja przeciwnika odnosi się do sumienia każdego z nas. Są takie pobudki, wypływające z naszego sumienia, na które jest nam bardzo trudno odpowiadać konkretnymi wyborami naszego życia. Jest to jak głos, który nalega, usilnie nalega… Dlaczego się z nim nie pogodzisz? Dlaczego nie działasz nareszcie zgodnie z własnym sumieniem? Odpowiedź przychodzi z samej Ewangelii: Pogódź się ze Słowem Bożym! Pogódź się ze swoim sumieniem. Jeśli nie pogodzisz się z nim teraz, tutaj, w tym życiu, możesz już nie mieć czasu na to, by to uczynić. Widzimy więc, że termin „adversarius” może odnosić się do wielu rzeczy. Jeśli jednak uwzględnimy odpowiedź, jaką otrzymał św. Paweł, proszący o wyzwolenie od tego ościenia, który miał w ciele, jesteśmy zdumieni. Św. Paweł słyszy bowiem odpowiedź Pana: „Dlaczego tyle lamentujesz? Czy nie wystarczy ci moja łaska?  Bądź spokojny! Ufaj! Cnota-moc doskonali się właśnie w słabości”. Ta odpowiedź, udzielona św. Pawłowi, pozwala nam zrozumieć wiele rzeczy w tekście dzisiaj odczytanego fragmentu Ewangelii św. Łukasza. Bo, co zaskakujące, tekst dzisiejszej Ewangelii kończy się bardzo tajemniczym stwierdzeniem: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Widzicie, jak można uzgodnić to pytanie Jezusa z odpowiedzią daną Pawłowi: „Dlaczego, za wszelką cenę, chcesz być uwolniony od tego ościenia w ciele? Nie ufasz mi? Nie ufasz miłości, jaką Ci okazałem? Nie ufasz mojej wierności?”; „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”.

Przyjrzyjmy się teraz tym elementom, które pozwolą nam zrozumieć tekst św. Łukasza. Ów sędzia wydaje się niewrażliwy i nieugięty, ale ma przed sobą biedną wdowę, która go prosi. Ma przed sobą wdowę, która stała się uosobioną modlitwą. W tym momencie sędzia nie wie, co robić. Jako że chce pozostać daleki od wdowy, chce utrzymać dzielący ich dystans, i chce pozostać wierny stworzonemu przez siebie ideałowi samego siebie, nie chciałby jej pomagać, ale nie może pozostawić jej bez odpowiedzi. Postawmy się teraz w sytuacji Kościoła, który się modli albo w sytuacji kogoś z nas, każdego z nas, kto stał się modlitwą. Jakie jest przesłanie tej przypowieści?  Przesłanie jest następujące: Czy Ojciec, słuchający nieustannie modlitw swoich dzieci, które wołają do niego dniem i nocą, czyż Ojciec nie da miejsca szerokości-obfitości swojego serca? Tu pojawia się bardzo ważne słowo greckie: „makrothymia”, które oznacza „wielkość serca, szerokość serca”. Stąd również wyłania się konkluzja analogiczna do odpowiedzi, którą otrzymał  św. Pawłowi: „Jak możecie pomyśleć, że Bóg, który zawsze kieruje się miłosierdziem i wielkim sercem, które, podobnie jak On sam, jest nieskończone, mógłby o was zapomnieć?!”. Nawet niegodziwy sędzia nie potrafi się oprzeć prośbom kogoś, kto cały stał się prośbą, kto cały stał się modlitwą. Tym bardziej okaże miłosierdzie Ten, który za punkt honoru poczytuje sobie to, by być miłosiernym we wszystkim. Jak możecie sobie wyobrażać, że pozostaje niewrażliwym wobec swoich wybranych Ten, który ich sam wybrał… Jak możecie sobie wyobrażać, że On pozostaje niewrażliwym wobec swoich wybranych, którzy przemienili się w nieustanny okrzyk modlitwy tak, iż sami stali się modlitwą? Pojawia się więc pytanie i jest to pytanie dotyczące nas samych, a nie sędziego [problem nie leży po stronie sędziego z przypowieści; Bóg zawsze jest otwarty względem nas]. Pytanie brzmi: Czy my Bogu ufamy? Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?. Słowo jest bardzo precyzyjne. Słowo jest bardzo przenikające, przenikliwe. Bóg może być uważany nawet za kogoś analogicznego do tego niesprawiedliwego sędziego, ale jest to tylko to, co nam się wydaje. On natomiast nigdy nie zapomni o swoich wybranych. Bóg nigdy nie zapomni, że w Jego Sercu jest tylko Miłość.

Innocenzo Gargano OSB Cam.

---------------------------------------------------------------------

Dajcie czas Panu, by na udręczonej ziemi wyrósł kwiat
homilia – 33 niedziela zwykła – 14 listopada 2010 r.
Ml 3, 19-20; Ps 98, 5-6.7-8.9; 2 Tes 3, 7-12; Łk 21, 5-19


Zbliżamy się do zakończenia roku liturgicznego i Kościół chce nas przygotować poprzez celebracje liturgiczne na to, co nas czeka jako zakończenie naszej drogi wiary u kresu czasów. Dzisiejszy fragment z Ewangelii według św. Łukasza rozpoczyna się od kontemplacji przepięknej rzeczy będącej dziełem człowieka. Chodzi o świętą świątynię w Jeruzalem, uważaną przez starożytnych za ósmy cud świata. Świątynia ta jest zbudowana z pięknych kamieni i ozdobiona darami wotywnymi wielu pokoleń. Jest to budowla, która stanowi chlubę ludu Izraela. Kiedy staram się znaleźć porównanie zaczerpnięte z naszej aktualnej sytuacji, myślę o Bazylice świętego Piotra łącznie z placem św. Piotra. Kiedy moja mama przyjechała po raz pierwszy do Rzymu, zaprowadziłem ją od razu do Bazyliki św. Piotra, a ona powiedziała: „synu mój, niebo nie może być piękniejsze!”. Tak mówią proste osoby stając wobec pięknej budowli powstałej dzięki wierze wcześniejszych pokoleń, tak jak dzięki wierze wcześniejszych pokoleń powstała świątynia jerozolimska. Świątynia jerozolimska nie była przejawem nacjonalistycznego szowinizmu, ale autentycznym wyrazem wiary.

Posłuchajmy jednak słów, które wypowiada Jezus o tych przepięknych przejawach wiary: „Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu…”. To objawienie bardzo trudne do zaakceptowania. Pomyślcie o Rzymianinie lub Włochu, który usłyszałby takie słowa stojąc na placu św. Piotra. Tymczasem to słowo Jezusa o owej pięknej budowli w Jerozolimie będzie mogło, a nawet będzie musiało się stać. Z punktu widzenia interpretacyjnego oczywiście moglibyśmy zapytać: „Panie, czemu nie mówisz nam, kiedy się to stanie? Dlaczego nie dajesz nam znaku ostrzegawczego, abyśmy mogli się przygotować na to wydarzenie tak tragiczne? To jest niemożliwe do zaakceptowania”. Jezus odpowiada, ale odpowiada w sposób pośredni: „Nie dajcie się oszukać, jako że wszyscy wiedzą o dramacie, jaki przeżywacie wewnątrz w obliczu tego oczekiwania, i dlatego będą się prześcigać, by wskazać czas nadejścia tego wydarzenia i sposób, w jaki nastąpią te rzeczy. Nie wierzcie im! Nie trwóżcie się! Ci wizjonerzy udają, że są prorokami”. W rzeczywistości owi wizjonerzy, udający proroków, odczytując historię stwierdzają jedynie to, że takie rzeczy zdarzają się w historii. Historia jest pełna rewolucji. Niestety, jest ona pełna również wojen i zniszczeń. Czasem wydaje się, że niebo zdaje się dawać takie znaki, znaki przerażające, wielkie znaki. Znowu słyszymy: „Nie wierzcie! Nie dajcie się przerazić”. I coś jeszcze: „podniosą na was ręce, na was wierzących, i będziecie doświadczani tak, jak doświadcza się ogniem prawdziwe złoto. Wyrzucą was z waszych domów modlitwy, z wszystkich waszych synagog, z wszystkich miejsc spotkań takich, jak to tutaj. Zaciągną was przed władze cywilne, by was przesłuchiwać, a uczynią to właśnie dlatego, że jesteście wierzącymi”.

Kiedy my, ludzie Zachodu, patrzymy na Polskę i inne kraje Europy Wschodniej, nie możemy jeszcze zapomnieć i oderwać pamięci od waszej przeszłości, naznaczonej przez nazizm z jednej strony i komunizm z drugiej strony. Możecie sobie wyobrazić, jak wielkie było nasze zdumienie, kiedy stwierdziliśmy, że z tego właśnie Kościoła, tak umęczonego i udręczonego, udręczonego aż do męczeństwa, wyrósł kwiat tak mocny i piękny, jak Jan Paweł II. To pozwala nam odkryć znaczenie tych słów Ewangelii. Właśnie tam, gdzie wydaje się, iż prześladowanie jest najcięższe, Pan może dać to, co jest najskuteczniejsze dla Kościoła. To jest prawdziwe doświadczenie Paschy, Męki i Zmartwychwstania. Jezus mówił: „Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (J 12, 24). To pozwalają nam zobaczyć oczy kontemplatyka. Kto nie jest kontemplatykiem, obserwującym te rzeczy okiem wiary, widzi jedynie następstwo wydarzeń mniej lub bardziej przypadkowych. Temu, kto nie jest kontemplatykiem, trudno jest zrozumieć, że wewnątrz tego wszystkiego, co realizuje się na jego oczach, jest zbawczy plan pomyślany przez Boga dla nas. My chcielibyśmy wiedzieć wszystko i zaplanować wszystko, a tymczasem pewne sytuacje są tym, co po grecku nazywa się „kairos”, czyli bardzo cenną okolicznością, która jest dana ludziom, by dali świadectwo dla Chrystusa. Pewne sytuacje są paradoksalnie stosowną i wielką okazją, aby dać całemu Kościołowi dar, którego nikt inny nie mógł wymyślić. To dar skoncentrowany w jednej osobie, ale cała wspólnota narodowa i cały Kościół, które pozwoliły tej osobie się pojawić i ujawnić się, by nieść świadectwo wszystkim, świadectwo przed światem. To jest coś wielkiego; spróbujcie zastanowić się nad tym i przyglądnąć się temu okiem kontemplatyka. Zauważycie, że wszystko to jest bardzo logiczne. To powinno być waszą chlubą. Nie budowle architektoniczne i wielkie kościoły, nie wielkie katedry – wystarczy, że przyjdzie wojna i wszystkie mogą zostać zburzone –, ale właśnie to jest wielki monument par excellence, który wyraża pełną tożsamość narodu.

Jezus mówi to również w odniesieniu do naszej osobistej drogi. Każdy z nas musi przejść ową próbę ognia. Jezus mówi: „wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele”. Można w jakiś sposób zgodzić się, że będziemy atakowani i wydawani przez kogoś dalekiego, przez tych, których możemy nazwać nieprzyjaciółmi, ale jest czymś strasznym być zdradzonym przez własnych krewnych. Tymczasem właśnie to Jezus zapowiada. Jest to coś, czego ktoś z nas być może dozna, czego możemy się spodziewać. Jak przygotować się do tego wydarzenia? Rada Jezusa jest również zachętą bardzo precyzyjną: „Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony”. Jezus zabiera nam naprawdę wszystko. Zabiera nam nawet prawo do przygotowania obrony. Nawet to! Jeśli bowiem przygotowujemy swoją obronę, okazujemy brak zaufania w Bożą obronę. A Jezus powiedział, zwróćmy na to uwagę, że włos z głowy nam nie zginie bez zezwolenia Ojca, a więc: żadnego planowania, żadnych przygotowań, a jedynie wzrost zaufania względem Ojca! Tylko to, tylko ta jedna rzecz! Jeśli to wszystko zdołamy odczytać jako sprzyjającą okazję do autentycznego świadectwa wiary, już jesteśmy zwycięzcami.

Mówiłem w czasie tego spotkania o lectio divina. Mówiłem o czterech stopniach lectio divina: czytanie – medytacja – modlitwa – kontemplacja. Zauważyliście, że krytykowałem dodawanie czegoś jeszcze do kontemplacji. I teraz raz jeszcze powtarzam, że nie chodzi o podejmowanie jakichś postanowień. Często się zdarza, że ktoś przeżyjąc tydzień rekolekcji, kończąc je przygotowuje listę zobowiązań do podjęcia, programuje swoje życie duchowe. Robią to proboszczowie w swoich parafiach, biskupi w swoich diecezjach, również Watykan… Również rządy dyktatorskie wypracowują plany na przyszłość. Planowanie jest niebezpieczne. Przypomina budowanie murów obronnych przeciw jakimś wydarzeniom dnia. W jednym i drugim przypadku pokazujemy bowiem, że brak nam ufności. Nie wierzymy, że wystarcza Słowo. To my chcemy być budowniczymi naszego zbawienia. Nie powierzamy Panu naszego zbawienia. Nie potrafimy przyswoić sobie tej przepięknej Jezusowej przypowieści o rolniku, który rzuca ziarno, a później po prostu idzie spać, bo ufa ziarnu. Ów rolnik wie, że dzisiaj to ziarno musi uaktywnić wszystkie swoje możliwości, by skorzystać z terenu, na którym zostało zasiane, by wykiełkować, wyjść z terenu, wzrastać i wreszcie wydać owoc. Czy wierzymy w moc Słowa czy też nie? My jesteśmy niecierpliwi. Kiedy byłem młody, mówiono nam: „wszystko jest dla was”, a my myśleliśmy, że jesteśmy rewolucjonistami i usiłowaliśmy robić wszystko natychmiast. Wychodziliśmy na place miast, ogłaszaliśmy swoje idee wszystkim, mówiliśmy, że chcemy wszystko i natychmiast. Tymczasem w tym względzie w Ewangelii znajdujemy bardzo proste słowo: „Miejcie po prostu ‘upomone’!”. Greckie słowo „upomone” można przetłumaczyć jako „wytrwałość” albo jako „cierpliwość”, ale można by tłumacząc całe to sformułowanie powiedzieć po prostu: „dajcie czas Panu!”. On, Pan, umiał wydobyć Jana Pawła II z waszej ziemi. Ileż innych rzeczy jest w stanie wydobyć z waszego i naszego życia. A więc, dajcie czas Panu! Miejcie ufność! Nie oczekujcie, że jesteście bardziej inteligentni od Ojca.

Innocenzo Gargano OSB Cam.

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań bieżącej sesji:

oraz innych sesji, które w bieżącym roku odbyły się w naszym domu. Prowadzili je: Józef Augustyn SJ; Amedeo Cencini FdCC; ks. Waldemar Chrostowskiabp Bruno Forte;  ks. Stanisław HaręzgaMarko Ivan Rupnik SJ, Maria Campatelli, Nataša Govekar, Krzysztof Wons SDSPiotr Szyrszeń SDSPiotr Ślęczka SDS.

 

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl