O CFD AKTUALNOSCI PROGRAM KONTAKT DOM W TRZEBINI Do medytacji   









  Świadectwo: Pozwoliłam Mu podejść do moich ran…


Pozwoliłam Mu podejść do moich ran…

 

15 września 2020, we wspomnienie Matki Bożej Bolesnej

Na ten trzeci tydzień przyjechałam pełna pytań o codzienność, o pewne niewyjaśnione sprawy duchowe. Będąc tak bardzo niestała w swoich praktykach pobożnych i coraz bardziej przytłoczona poczuciem swojej grzeszności. Miałam wątpliwości, czy powinnam ubiegać się o to, aby zagłębiać się w relacji z Bogiem, skoro nie jestem w swoich oczach jak prawdziwy, wierny i niezachwiany uczeń Chrystusa. Jednak stawiłam się na trzecim tygodniu pozwalając, aby to On zdecydował, co ze mną uczynić. Z jednej strony szłam za głosem, który dawał mi nadzieję, że właśnie taka też mogę pragnąć podążać za Bogiem. Przekonanie to noszę ze sobą od drugiego tygodnia, kiedy Jezus w Jordanie dał mi odczuć, że moja grzeszność nie stanowi dla Niego przeszkody w okazywaniu mi miłości. Tym razem byłam jeszcze bardziej świadoma tego, że nie z własnej siły, ale z Jego łaski mogę podejść do tego trzeciego tygodnia. Przyjechałam zatem, aby poddać się Jego prowadzeniu, do ostatniej chwili pytając Jezusa, czy mam jechać. Miałam także silne przekonanie, aby na tej drodze krzyżowej Jezusa iść blisko Maryi.

W ostatnich pięciu latach straciłam w ciąży troje moich dzieci: Dominikę, Marysię i Jasia. Doświadczenie bólu i współczucia Maryi – Matce, która pod Krzyżem patrzyła na śmierć swojego Niewinnego Dziecka, kazało mi trzymać się Tej, która zna mój ból. Tej, której ból – choć w drobnej mierze – ja znam, Tej – przez to mi bliskiej. Byłam świadoma powagi swojego pragnienia – towarzyszenia Matce Syna, który za mnie umarł. Było to pragnienie, które nie mieściłoby się w moim sposobie myślenia gdyby nie przekonanie, że Ona nie tylko mi pozwoli, ale to Ona utrzyma mnie na tej drodze.

W dniu przyjazdu pojawiły się w moich myślach i nie dawały mi spokoju słowa relacjonowane nam przez św. Siostrę Faustynę z rozmowy, którą odbyła z matką przełożoną zgromadzenia sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie. Gdy Helena Kowalska zapytała, czy zostanie przyjęta do klasztoru, matka przełożona powiedziała: „Idź do Pana domu i zapytaj, czy cię przyjmie”. Natarczywość tych słów w moich myślach skłoniła mnie do tego, żeby pójść za tym niespodziewanym natchnieniem i za przykładem młodej Heleny Kowalskiej znaleźć się w kaplicy, aby zapytać Jezusa czy mnie przyjmie. Znam odpowiedź Tego, który zawsze mnie przyjmuje, więc nawet nie słysząc jej wtedy wyraźnie uznałam, że mnie przyjmie. Ale tutaj dialog w moich myślach kontynuuje się - matka przełożona mówi do Heleny: „Jeśli Pan cię przyjął to i ja cię przyjmę”. Uśmiechnęłam się tylko zastanawiając się, kto teraz mógłby do mnie kierować te słowa. Ich sens i konstrukcja nie wskazywały jakby tym, który je wypowiada do mnie miał być Jezus. Wkrótce zaś pojawiły się w podawanych nam do modlitwy fragmentach Ewangelii słowa Jezusa, które szczególnie zwróciły moją uwagę: „Kto przyjmuje tego, kogo Ja wysyłam, Mnie przyjmuje. Ten zaś kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał” (J 13, 20). To one skłoniły mnie do pytania Go: „Kogo Ty mi posyłasz? Kogo mam przyjąć albo kto mnie ma przyjąć do kogo mnie posyłasz?” Zanim doszłam pod Krzyż – odczytałam, że Pan posyła mi Maryję. I wtedy wydźwięk dialogu Heleny Kowalskiej i matki przełożonej ułożył mi się tak, jakby to Ona – Matka Najświętsza dialogowała ze mną. Zaś o ile Ona zapewniła mnie, że jeśli On mnie przyjmuje to Ona także, o tyle nie było dla mnie jasnym, że ja też Ją już przyjęłam. Zatem idąc za tym natchnieniem pobiegłam do kościoła pod obraz Matki Bożej i zapytałam czy mnie przyjmie skoro mnie Jezus do Niej posłał. Jej odpowiedź znam. Czy Ona pierwsza nie czyni wszystkiego, cokolwiek On Jej powie? Zachwycająca jest także w tym, że najpierw kieruje mnie z tym pytaniem do Jezusa! Zatem i ja Ją przyjęłam wtedy za moją Matkę klęcząc pod Jej wizerunkiem. Choć nabożeństwo i wdzięczność do Panny Najświętszej mam od dawna, i oddawałam się Jej, a za Jej pośrednictwem Jezusowi, to nie oznaczało to tego, że i ja Ją uznałam za moją Matkę. Po co był mi ten nowy akt? Przecież Ona mnie przyjęła wcześniej i nawet bez mojej wiedzy, jeszcze zanim ja zaczęłam szukać Jej. Czy mogę Ją bardziej skłonić do bycia moją Matką niż Ona sama z polecenia Jezusa Nią jest? Ależ skąd! Ale to ja potrzebowałam tego aktu, aby wiedzieć, że i ja Ją przyjmuję, że zgadzam się być Jej dzieckiem na polecenie Jezusa, dzięki Jezusowi i dla Jezusa, aby przyjąć Jezusa, że z Matką pójdę pod Krzyż. Jej decyzja przyjęcia mnie jest jasna i złączona z wolą Syna, ale czy moja do tej pory była? On wie co czyni posyłając mi taką Matkę! Przyjmowanie Maryi za matkę i Jej przyjmowanie mnie za dziecko staje się jasne i oczywiste pod Krzyżem. Wówczas już nie mam wątpliwości kogo Jezus posyła Janowi, a komu Jana. „I od tej godziny uczeń przyjął Ją do siebie” (J 19, 27) jak czytam w przekładzie mojego egzemplarza Pisma Świętego. Przyjął Ją – właśnie Ją. Uczeń Jezusa, który wytrwał w drodze do Krzyża, który szedł obok Niej, zostaje darowany Jej i wezwany do przyjęcia właśnie Jej.

Do czasu rekolekcji myślałam, że śmierć moich dzieci mam „poukładaną” w wierze. Wiem, że są w Niebie. Pan, w swojej łaskawości już wcześniej uspokoił mnie co do tego, gdzie one teraz są. Pokazał mi, że mi ich nie zabrał, że On je przyjął, że On jest Tym, który przyjmuje, a nie takim, który zabiera. Tutaj nie miałam wątpliwości. Ale okazało się, że jest coś jeszcze - kolejna warstwa osadzona na tym cierpieniu.

Wreszcie coś pękło we mnie niemal niezauważalnie w swoim początku, ale burzliwie i wyraźnie w emocjach, kiedy rozmyślałam nad pojmaniem Jezusa w Ogrójcu, nad Jego milczeniem u Heroda. Wybuchłam: „Dlaczego się nie broniłeś? Dlaczego nie obroniłeś mnie! Dlaczego nie broniłeś moich dzieci! Mogłeś, a nie zrobiłeś tego! Dlaczego nie uznałeś za stosowne korzystać ze swojej równości z Bogiem? Dlaczego pozwoliłeś się pobić i zabić?” A On milczał. Pozwolił mi wylać samą siebie tymi pytaniami, zarzutami. Pozwolił mi z tym do siebie podejść i odczuć, że ja nie chcę się oddalać, nie chcę aby moje lęki, wątpliwości czy trudności oddzielały mnie od Niego. Nie umiejąc być blisko, jednak pragnę być bardzo blisko Niego!

Zatrzymując się na scenie biczowania milcząco patrzyłam na urywki obrazów, które nie tyle malowały mi się przed oczami, co w pragnieniu i sercu. Milczące pragnienie, aby dotknąć Jego ran na plecach pojawiło się jakby znikąd. W tych ranach było coś, czego nie rozumiałam. Ale bardzo chciałam podejść. Bez słowa, podejść i objąć Go delikatnie. Nałożyć Mu na plecy płótno jako coś, co w moim przekonaniu miało złagodzić Jego ból i mój ból – być jednocześnie blisko, dotykając ran i wtulając się w Niego. Milcząco. Jakby ta scena odbywała się w samym tylko sercu – wyraźna, ale nie dla oczu. Pozwolił mi podejść i uczynić to, co było moim pragnieniem. Delikatnie – jedna rana, bardzo głęboka, zapewne bolesna, ale tak przyciągająca palce mojej dłoni. Nie dał mi odczuć, że nie pozwala. Nie dał mi też odczuć, że Go biłam, że to ja jestem winna. Bez słowa wyrzutu pozwala dotknąć swoich ran komuś, kto najpierw „uznał Go za ukaranego, pobitego i pognębionego przez Boga” (Iz 53, 4b).

Tak Pan odpowiedział mi bez słów, dlaczego nie bronił samego siebie… Nie bronił się, abym mogła do Niego podejść nawet za cenę tego, że to ja Go uderzę. Zraniony, abym mogła dotknąć Jego ran, abym chciała złączyć się z Nim w cierpieniu. Kim jest Ten, który na to pozwala? To mój Bóg, który nie tyle to znosi, ale się na to zgadza. Aż tak… byle bym mogła podejść - nie zawsze jako wierny sługa, częściej może jako kat, jako oskarżyciel, jako ktoś kto się waha i ktoś, kto nie wie, czy chce iść za Nim pod Krzyż, ktoś kto boi się iść. Nie zawahał się i nie załamał… aż wreszcie zechciałam do Niego podejść i zechciałam podejść pod Krzyż. Cała reszta pytań o to „dlaczego nie bronił mnie i moich dzieci” stała się nieaktualna wobec tego, co odczuwałam w sercu. Te pytania wykrzyczały jedynie sedno – moją niezgodę i niezrozumienie Jezusowego i mojego cierpienia.

Pragnienie, aby przejść drogę krzyżową Jezusa u boku Maryi oddawałam Panu. „Prosiłam o udręczenie serca i łzy”, aby móc wreszcie poczuć jak bardzo On został poraniony przez moje grzechy. Pragnęłam współczuć Mu i użalić się nad Jezusem umęczonym. Prosiłam też Maryję, aby dała mi poczuć sercem matki – cierpienie serca Matki patrzącej na umęczonego Syna. Gdy tak prosiłam podczas kolejnych kontemplacji, to zamiast udręczenia widokiem Jezusa na pierwszy plan wychodziło moje cierpienie związane z utratą dzieci. Nie pozwalałam na to mówiąc: „Stop. Jezu, ja chcę patrzeć w Twoje cierpienie, a nie swoje! Nie ja, ale Ty…”. Walczyłam o to, aby nie siebie kontemplować, ale Jego. W końcu odpuściłam. On jakby bez słów odpowiadał mi to samo: „Chcę patrzeć w twoje cierpienie, a nie Moje… Nie Ja, ale ty…”. Pozwoliłam Mu podejść do moich ran, dotknąć moich ran tak, jak On pierwszy pozwolił mi dotknąć Jego ran. A potem, gdy w trakcie modlitwy w maleńkiej kaplicy w domu św. Józefa zobaczyłam stojącą obok Krzyża Jezusowego figurę Maryi z Dzieciątkiem na ręku, zapytałam Ją: „Matko, Ty przyniosłaś maleńkiego Jezusa pod Krzyż?”. W tym momencie historia Dzieciątka i Ukrzyżowanego Odkupiciela splotły się w jedną. Uderzona tym spostrzeżeniem zrozumiałam, że i ja mam to uczynić i wtedy „pozwoliłam moim dzieciom przyjść do Jezusa” pod Krzyż. W duchu i we łzach podeszłam razem z Maryją prowadząc do Ukrzyżowanego wszystkie moje dzieci - dwójkę żyjących i trójkę tych, których nie zdążyłam wziąć na ręce w tym życiu. Potem prowadziłam następnych bliskich, a potem inne cierpienia fizyczne, psychiczne, duchowe i choroby, grzechy… Pytałam Pana, czy to nie za dużo, czy ja tak mogę obarczać Go swoim cierpieniem, podczas gdy to On cierpi prawdziwe katusze. Ale On milcząc dawał mi w serce przekonanie, że przyjmie to wszystko i nawet więcej… Zamiast wylewać łzy w udręczeniu nad cierpieniem mojego Jezusa, pozwalałam już bez walki, aby to łzy oczyszczenia moich cierpień płynęły w obecności Ukrzyżowanego i Matki wciąż wskazującej na Niego.

Tu działo się coś więcej niż tylko łzy i wspomnienia. Tutaj w wielkiej tajemnicy i cichości On przyciągał moje serce ku Niemu. Opanowało mnie zdumienie, że On - tak cierpiący - w pierwszej kolejności bierze moje cierpienia, wysłuchuje mojego cierpienia. Zadziwienie nad tym doprowadziło mnie do tego, aby zapragnąć złagodzić Jego ból: „skłoń gałązki Drzewo święte, ulżyj członkom tak rozpiętym…”. Zapragnęłam, aby pozwolił mi ulżyć Jego cierpieniom… Wiem, że nic nie mogę, ale pragnęłam Mu ulżyć w tym cierpieniu. Nie chciałam Go zdjąć z Krzyża, ale wesprzeć. Nie rozumiałam tego pragnienia. Pojawiło się jakby odpowiedź na dar, który otrzymałam od Niego. Takie wzajemne obdarowanie – On pierwszy zaczął to obdarowanie przyjmując na siebie moje choroby i cierpienia i pozwalając mi się zbliżyć w momencie, gdy był katowany, kiedy pozwolił dotknąć Jego ran. Nawet wtedy nie był to dla Niego nieodpowiedni moment! A teraz ja chciałam obdarować Jego. Zrozumiałam, że tylko wtedy moje cierpienie nabiera sensu gdy złączone w jakiś przedziwny dla mnie sposób z cierpieniem Jezusa staje się naszym wzajemnym miłosnym obdarowaniem. Jakiś nowy wymiar cierpienia i miłości, którego nie doświadczałam do tej pory. Esencja miłości pośród cierpienia. Taka niezrozumiała dla ciała uciekającego od bólu, ogromna tajemnica, która dzieje się i wyjaśnia dopiero w sercu natchnionym i przygotowanym Jego łaską uprzedzającą. W ciszy. Dialog serce w Serce. Takiego Jezusa poznaję, takiego pokochałam, za takim pragnę iść.

Zatem z Maryją powtarzać będę „Wielbi Pana moja dusza i mój duch rozradował się w Bogu moim Zbawicielu… gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmogący! Święte jest Jego imię” (Łk 1, 46-49). Bogu Ojcu Wszechmogącemu, Synowi Wcielonemu i Duchowi Świętemu niech będą dzięki!

Joanna, lat 38
uczestniczka ćwiczeń ignacjańskich

 

Ćwiczenia Ignacjańskie
terminy w 2020 i 2021 roku


28 grudnia 2020 – 5 stycznia 2021 (tygodnie: I-IV)
27 stycznia - 4 lutego 2021 (tygodnie: I-IV)
22-30 czerwca 2021 (tygodnie: I-IV)
16-24 sierpnia 2021 (tygodnie: I-IV)
6-14 października 2021 (tygodnie: I-IV)
28 grudnia 2021 - 5 stycznia 2022 (tygodnie: I-IV)

 

www.cfd.sds.pl/cwiczenia-ignacjanskie

ZGŁOSZENIEPOLITYKA PRYWATNOSCI
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl