O CFD AKTUALNOSCI PROGRAM KONTAKT DOM W TRZEBINI Słowo na jutro   Do medytacji   









  Świadectwo: Najlepsze Lekarstwo ...


Najlepsze Lekarstwo

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Piszę, żeby podzielić się trochę drogą moich ostatnich dni, przeżytych w rytmie lectio divina ze św. Tomaszem :).

Najpierw jednak krótki opis rzeczywistości. Od kilku lat żyję i posługuję we Włoszech, parę tygodni temu, znienacka dopadła nas informacja, że nasze Siostry z jednej ze wspólnot mają Covid. Była paląca potrzeba, żeby tu ktoś przyjechał zajmować się nimi, a że mi było najbliżej to przyjechałam. I tak oto w ciągu kilku godzin życie przekwalifikowało mnie ze studentki na pielęgniarkę. Bardzo przez te tygodnie doświadczyłam prowadzenia Pana Boga i Jego łaski, która nas niosła, tak mnie i inne siostry, które przyjechały zajmować się tutaj chorymi, jak i same chore siostry. Z 14 pozytywnych na koronawirus sióstr - staruszek, żadna nie przeszła go w sposób bardzo ciężki… żadna na niego nie zmarła. I żadna z nas posługujących się nie zaraziła. Aż to dla mnie niepojęte, dlaczego tak nas Pan Bóg chroni :).

Myślałam, że pewnie jeszcze kilka tygodni tutaj pobędę, zanim sytuacja się całkiem ustabilizuje, ale znowu znienacka w piątek z rana, po otrzymaniu negatywnego wyniku testu, przełożone poinformowały mnie i jeszcze jedną posługującą tu siostrę (też Polkę), że już nie wracamy do infirmerii, bo nie ma takiej potrzeby; że mamy zrobić kilka dni kwarantanny, i będziemy wracać do naszych wspólnot.

Z zawrotnego więc tempa ostatnich tygodni wskoczyłyśmy na raz z niemałym zaskoczeniem w czas kwarantanny, w którym nie wiedziałyśmy, jak się odnaleźć. I wtedy mignęła mi na telefonie informacja o rozpoczynającej się u Was tego samego dnia sesji lectio divina. Obie z moją współsiostrą, stwierdziłyśmy, że to chyba najlepszy sposób na przeżycie tych pierwszych kwarantannowych dni.

Piątkowego popołudnia i wieczoru Pan Bóg przypomniał mi najpierw, jak bardzo mnie kocha; jak jestem dla Niego ważna i że naprawdę On nie oczekuje, że aby do Niego przychodzić muszę się najpierw zmienić na lepsze. Niby to oczywiste, wiem o tym, tyle razy doświadczyłam już Jego bezwarunkowej miłości, mówię o niej innym, a ostatnio znowu się zapętliłam w gorszeniu się samą sobą i myśleniu, że nie zasługuję, żeby być blisko Boga.

Zatrzymało mnie też słowo o kobiecie cierpiącej na upływ krwi. Zobaczyłam w niej siebie. I ja w ostatnim czasie doświadczając trudnych sytuacji w mojej wspólnocie, mierząc się z trudną relacją z jedną z moich sióstr, czułam się jakby mi „upływała krew”, jakbym coraz bardziej traciła siły. To słowo więc otwarło mi szerzej oczy na ranę tej relacji, dużo o niej Jezusowi mówiłam, wylewając swoje żale, opowiadając o lękach, trudnościach… odkrywając, że niedowierzam, iż On może chcieć tę relację wyprostować, uleczyć, że z tego może jeszcze być coś dobrego.

I w zasadzie kolejnego dnia, gdy już skupiłam się bardziej na słuchaniu słowa o spotkaniu Jezusa z Tomaszem, ciągle na wierzch wyłaziła mi obolała rzeczywistość relacji z moją współsiostrą, jak i rzeczywistość mojej wspólnoty, w której teraz mnie nie ma. Zobaczyłam, że to trochę jak z Apostołami w Wieczerniku i Tomaszem. Oni są w jednym miejscu, a Tomasz w innym. I Jezus przychodzi… najpierw do uczniów siedzących wspólnie, nawet jeśli w zamknięciu, a potem do Tomasza, gdy jest już z resztą wspólnoty. I do moich sióstr, nawet gdy mnie z nimi nie ma Jezus przychodzi, daje im pokój, działa w nich. Jeśli w to uwierzę, to, gdy do nich wrócę, On pozwoli mi dostrzec w nich znaki swej obecności. Spotkam Go w nich i przyjdzie też do mnie ze swoim pokojem. I stanie się to właśnie w takiej wspólnocie, w jakiej przyszło mi teraz być, pokiereszowanej i ubogiej… ale złożonej z wybranych i ukochanych przez Niego osób… koniec końców, moich bliźniaczek ;).

Druga płaszczyzna, na którą otworzyło mnie słuchanie słowa o Tomaszu to: modlitwa i obecność Boga w moim życiu. Jakoś tak przez ostatnie lata Pan Bóg bardzo mnie uspokoił w relacji w Nim, rzeczywiście… przestało mi, aż tak strasznie zależeć na emocjach na modlitwie, czasem wręcz, jeśli jest ich za dużo, to mnie męczą. Pokochałam też ciszę na modlitwie i takie „po prostu” bycie z Nim. W ostatnich miesiącach bardzo mi towarzyszy przekonanie, że On jest. Że nie muszę nic robić, że nie muszę szukać Pana Boga nie wiadomo, gdzie, bo On jest… we mnie. Ukryty w najgłębszej głębi mnie, jest. Dzięki Niemu żyję, poruszam się i jestem. Widzę jak bardzo pragnę tego bycia z Nim, jak mi źle, że w codziennym zabieganiu nie potrafię cały czas o Nim pamiętać… Ale wczoraj też zobaczyłam jasno i nazwało się to we mnie, że to moje pragnienie Boga, tęsknota za byciem z Nim cały czas, wiąże się też z dużym lękiem. Że jak już schodzę na te głębiny mnie, przychodzę do Niego, to… Nie umiem przy Nim długo wytrwać, bo właśnie… On jest Tajemnicą, jest Inny, Przekraczający mnie nieskończenie, czasem Niezrozumiały. Kocham Go i pragnę Go, ale i się Go boję… i nie do końca mowa tu tylko o bojaźni Bożej. Zobaczyłam, że czasem moje miganie się od modlitwy, tracenie na głupoty czasu, który chciałam poświęcić na bycie z Nim… to po prostu ucieczka od trudu, od tego, że ta relacja mnie przekracza… I że jeszcze ma co Pan Bóg leczyć, jeśli chodzi o pokrzywione Jego obrazy we mnie.

Dziękuję Wam za ten czas sesji. Dziękuję, że rozeznając i odpowiadając na znaki czasu, karmicie nas Słowem. I ja jestem przekonana, że to Najlepsze Lekarstwo na zawieruchę dzisiejszych czasów.

Pozdrawiam ks. Krzysztofa prowadzącego tę sesję i całą Waszą CFD-ową ekipę. Dzięki, że jesteście kochani!

Z modlitwą,

s. Maria
uczestniczka sesji online 
„Dotykanie zranionego Boga.
Lectio divina z apostołem Tomaszem”
27-29 listopada 2020

 

DOTYKANIE ZRANIONEGO BOGA. LECTIO DIVINA Z APOSTOŁEM TOMASZEM 
- WSZYSTKIE MATERIAŁY -

 

ZGŁOSZENIEPOLITYKA PRYWATNOSCI
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl