O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   









   Jak radzić sobie z gniewem? 15-17 listopada 2019 - homilie


Jak radzić sobie z gniewem?
SZKOŁA KIEROWNICTWA DUCHOWEGO
15-17 listopada 2019

 

W dniach 15-17 listopada 2019 r. odbyła się sesja „Jak radzić sobie z gniewem?”. Dzielimy się nagraniami/tekstami homilii, które wygłosił prowadzący spotkanie bp Janusz Mastalski, biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej.

---------------------------------------------------------------------

NAGRANIA / TEKSTY* HOMILII 
wygłoszonych przez bpa Janusza Mastalskiego

---------------------------------------------------------------------

Cztery cechy człowieka czuwającego
homilia – piątek 32. tygodnia zwykłego (rok I), 15 listopada 2019
Mdr 13, 1-9; Ps 19, 2-3. 4-5b; Łk 17, 26-37

Moi drodzy, tą dzisiejszą Ewangelię można w różny sposób interpretować. Niektórzy mówią, że właśnie w tej perykopie ewangelicznej Bóg ukazany jest jako ten, który się gniewa, który jest okrutny, który tak naprawdę straszy człowieka. Wydaje się, że w kontekście tego, o czym będziemy mówić w czasie naszej sesji słowa papieża Franciszka, który komentuje tą Ewangelię, są najbardziej trafne: „Czas oczekiwania na Jego przyjście jest czasem, który daje On nam wszystkim miłosiernie i cierpliwie, przed swoim ostatecznym przyjściem, czas czuwania. Jest to czas kiedy musimy podtrzymywać ogień w lampach wiary, nadziei i miłości, w którym trzeba mieć serce otwarte na dobro, piękno i prawdę. Czas, kiedy trzeba żyć według Boga, bo nie znamy dnia ani godziny powrotu Chrystusa. Wymaga się od nas, byśmy byli przygotowani na spotkanie, na to piękne spotkanie z Jezusem, co oznacza umiejętność dostrzeżenia znaków Jego obecności, podtrzymanie żywotności naszej wiary, przez modlitwę, sakramenty, być czuwającymi, aby nie zasnąć, aby nie zapomnieć o Bogu”. (…) Chrześcijanin powinien być bowiem szczęśliwy, przeżywając Jezusową radość, (…)” (zob. Franciszek, katecheza z 24 kwietnia 2013 - zobacz).

Nie da się ukryć, że ta dzisiejsza Ewangelia mówi nam o tym, że życie ma charakter zasługujący, stąd też trzeba ciągle czuwać. Wszyscy, jak tu jesteśmy, wiemy doskonale, że życie jest czuwaniem, a zatem kontrolą swoich wyborów. Przyglądnijmy się dzisiaj tej Ewangelii w tym kontekście. W niej zawarte są cztery bardzo konkretne cechy człowieka czuwającego. Ciekawe, czy się w nich odnajdziemy? Niezależnie o tego, czy jesteśmy rodzicami, małżonkami, siostrami zakonnymi, księżmi czy… biskupem. Jakież to są cechy człowieka czuwającego? Jezus dzisiaj mówi: „Przypomnijcie sobie żonę Lota. Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je”. To bardzo konkretne wskazanie. Przypominając żonę Lota, Jezus ukazuje pośpiech, porzucanie własnych dóbr ziemskich w trosce, by móc uciec przed nadciągającą zagładą. Żona Lota uznała utracone majętności za ważniejsze od ratowania życia. Uczniowie nie mogą niczego cenić bardziej niż królestwa Boga, które jest w nich. Dzisiejszym językiem powiedzielibyśmy więc, że człowiek czuwający to ten, który troszczy się o jakość życia; o to, jakie są moje wybory, codzienne wybory. To jest ustawienie odpowiedniej hierarchii wartości. Bo zgodzicie się chyba z tym, że żyjemy w takich czasach, kiedy coraz częściej dobro nazywa się złem, zło - przynajmniej w myśleniu i poglądach - staje się dobrem. Ktoś kiedyś powiedział, chyba słusznie, że patologia stała się normą. I można się w tym wszystkim po prostu zagubić. Troska o jakość życia to jest troska o ustawianie odpowiedniej hierarchii wartości, a więc o uświadomienie sobie, co w moim życiu jest najważniejsze. I, też chyba się zgodzicie ze mną, że można być bardzo blisko Pana Boga, a mieć pokusy, aby trochę po swojemu to wszystko poustawiać. Dlaczego? Dlatego, że wielu z nas wyrzuciło ze swojego słownika i ze swojego życia takie słowo i postawę, która się nazywa „ofiara”. Troska o jakość życia to jest gotowość na ofiarę. Bo trzeba przebaczyć, a to jest ofiara. Bo trzeba powiedzieć „przepraszam”, a to jest ofiara. Trzeba z czegoś zrezygnować w imię bycia bliżej Boga i drugiego człowieka, a to boli. Św. Jan Paweł II trzydzieści lat temu powiedział takie piękne słowa do artystów: „Zadaniem każdego człowieka jest być twórcą własnego życia: człowiek ma uczynić z niego arcydzieło sztuki. Istotne jest, aby dostrzec odrębność, ale także powiązanie tych dwóch aspektów ludzkiego działania. Odrębność jest oczywista. Czym innym jest sprawność, dzięki której każdy człowiek staje się sprawcą swoich czynów, odpowiedzialnym za ich wartość moralną, czym innym zaś jest sprawność, dzięki której człowiek jest artystą - to znaczy umie działać odpowiednio do wymogów sztuki, stosując się wiernie do jej specyficznych reguł” (Jan Paweł II, List do artystów, 4 kwietnia 1999 - zobacz). Kochani, mamy tyle a tyle lat, – mówiąc językiem sztuki i patrząc na jakość swojego życia –, co do tej pory wyrzeźbiliśmy w swoim życiu? Co udało nam się zmienić, odciąć? A może właśnie zwiększyć? Bo to jest człowiek, który czuwa.

Ale jest też takie trudne do interpretacji zdanie, w którym również jest zawarta druga prawda o człowieku czuwającym. Czytamy: „Gdzie jest padlina, tam zgromadzą się i sępy”. W różny sposób można interpretować to zdanie. Bardzo często egzegeci mówią, że istnieją dwa rodzaje życia: jedno jest „martwe”, pełne samotności i jakiejś szamotaniny, a drugie dynamiczne, pełne radości. To „martwe” życie sprowadza się do egocentryzmu, do pragnień, które przypominają padlinę i zawierają zło. Sępy gromadzą się tam, gdzie jest śmierć, a zatem tam, gdzie jest szatan; tam, gdzie on czyha na moje emocje, na moje wybory, na moje pragnienia. Przez lata byłem krakowskim egzorcystą. I chcę powiedzieć, że opętanie to jedna strona tego zjawiska (będzie można na ten temat porozmawiać, chociażby w niedzielę w czasie konferencji), ale często szatan atakuje poprzez różnego rodzaju emocje, na które sobie człowiek pozwala i te emocje sprawiają, że nie mamy tak naprawdę życia dynamicznego, pełnego radości, tylko „martwe”. Są takie dwie cechy, które tak naprawdę można zmienić tylko z Bogiem. Jest to rozczarowanie i zniechęcenie. Jeśli ktoś był kiedyś w życiu rozczarowany czy zniechęcony, wie o tym doskonale, że zbliża się człowiek wówczas… do „padliny”, a więc jest bardzo łatwym kąskiem dla złego. Dlatego drugą cechą człowieka czuwającego jest troska o kontakt z Bogiem, bo tylko z Bogiem można nie ulec temu, który atakuje. W jakiś sposób atakuje? W bardzo różny sposób. Każdy z nas ma indywidualny mechanizm obronny, mimo którego to zło jednak się przedostaje. Człowiek czuwający to jest ten, który wie, że z Bogiem się zawsze wygrywa. Benedykt XVI mówi tak: „każdy z nas jest niczym gałązka, która żyje tylko wtedy, gdy wzrasta każdego dnia w modlitwie, w przystępowaniu do sakramentów, w miłości, w swej jedności z Panem. A ten, kto kocha Jezusa – prawdziwy krzew winny, wytwarza owoce wiary w celu obfitego żniwa duchowego” (Benedykt XVI, słowo przed modlitwą Regina coeli, 6 maja 2012 r. - zobacz). Zatem, moi drodzy, jeśli chcemy być ludźmi czuwającymi, musimy zatroszczyć się o coraz bliższy kontakt z Bogiem. I tu nie chodzi o ilość, ale o jakość.

Jest też trzecia cecha człowieka czuwającego. Otóż, czytamy w Ewangelii: „W owym dniu, kto będzie na dachu, a jego rzeczy w mieszkaniu, niech nie schodzi, by je zabrać; a kto na polu, niech również nie wraca do siebie”. O czym mówi Jezus? Mówi o tym, jakich powinniśmy dokonywać wyborów. Pójście po swoje rzeczy świadczy o przywiązaniu do tego, co na tym świecie oznacza widzenie swojej nadziei związanej z tym światem. Słowa „nie schodźcie” wskazują na dostrzeżenie, że właśnie to, co doczesne się skończyło i należy to zostawić, otwierając się całkowicie na nowe życie. Mówiąc jeszcze prościej, człowiek, który troszczy się o dokonywane wybory, to człowiek, który umie odczytywać znaki. Na początku tych naszych spotkań chcę każdego z nas, siebie również, zapytać, czy na co dzień odczytuję znaki po to, aby mieć pomysł na siebie, pomysł na następne tygodnie, miesiące, lata. Czy mam taki pomysł jako kobieta czy mężczyzna, jako małżonek, jako syn, jako duchowny? Bo może się okazać, że tak naprawdę poszedłem w kierunku zgłębiania Pisma Świętego i modlitwy, ale zapomniałem o tym, że łaska buduje na naturze, a zatem na tym, że modlitwa i wszystko, co się dzieje w moim sercu na modlitwie, musi się przełożyć na życie. W „Tryptyku rzymskim” Jan Paweł II pisał: „Jeśli chcesz znaleźć źródło, / musisz iść do góry, pod prąd. / Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj, / wiesz, że ono musi tu gdzieś być - / Gdzie jesteś, źródło?... Gdzie jesteś, źródło?!”. I kończy się ten passus słowem: „Cisza”. Może wyjeżdżając stąd z niedzielę, będziemy mieć świadomość, że trzeba dokonać jakiegoś wyboru, że trzeba coś w sobie przełamać, że trzeba gdzieś pójść, że trzeba czegoś zaniechać po to, aby w ten sposób odczytać znak, jaki daje Pan.

Jest jeszcze jedna cecha człowieka czuwającego, oprócz troski o jakość życia, o kontakt z Bogiem i o dokonywane wybory. Czytamy w dzisiejszej Ewangelii: „Podobnie jak działo się za czasów Lota: jedli i pili, kupowali i sprzedawali, sadzili i budowali, lecz w dniu, kiedy Lot wyszedł z Sodomy, spadł z nieba ‘deszcz ognia i siarki’ i wygubił wszystkich”. To dość łatwa do interpretacji część dzisiejszej Ewangelii. Jezus porównuje sytuację ludzi, poprzedzającą Jego objawienie się w chwale, do tego, co działo się przed potopem, za dni Noego, i przed zniszczeniem Sodomy. Panowało wielkie zepsucie i ludzie się nie spodziewali, że spotka ich nagła śmierć. Podobne zdeprawowanie ma nastąpić w ostatnich dniach przed przyjściem Syna Człowieczego. A zatem, Jezus wzywa do tego, byśmy likwidowali wszystko, co oddala od Niego i od drugiego człowieka. Pomyślmy, mieszkamy w konkretnej wspólnocie, zakonnej czy rodzinnej, czy – badając swoje postępowanie – jestem człowiekiem wspólnoty, człowiekiem jednoczącym, tym, który rzeczywiście likwiduje to, co oddala mnie od drugiego człowieka? A może, zamiast być darem, staję się dla drugiego krzyżem? Troska o likwidację wszystkiego, co mnie oddala, to jest również dawanie świadectwa o tym, że Pan jest dla mnie ważny i że drugi człowiek jest dla mnie ważny. Przez lata zajmowałem się i do dzisiaj się zajmuję familiologią, pedagogiką i psychologią rodziny. I, oprócz innych problemów, które ma rodzina, powiem szczerze, że z roku na rok, jak czynię badania, martwi to, że jest coraz większa brutalizacja życia rodzinnego. A zatem, nagle się okazuje, że zamiast likwidować to, co nas dzieli, a przecież każdy z nas jest inny, ta przepaść się powiększa; i to ciekawe, że to w rodzinach, które mówią o sobie, że są katolickie, że chodzą do kościoła, na pierwsze piątki. Papież Franciszek sześć lat temu w czasie audiencji ogólnej mówił tak: „Chrystus przychodzi, aby nam przynieść miłosierdzie zbawiającego Boga. Jesteśmy wezwani, aby powierzyć się Jemu, aby odpowiedzieć na dar Jego miłości poprzez dobre życie, na które składają się działania ożywiane wiarą i miłosierdziem” (Franciszek, katecheza z 24 IV 2013 - zobacz).

Chciałbym w kontekście dzisiejszej Ewangelii i tych czterech cech człowieka czuwającego zostawić nam wszystkim, może na dzisiejszą adorację, a może na czas, kiedy będzie cisza i będzie można na korytarzu czy gdzieś na zewnątrz o tym pomyśleć, takie trzy pytania. Pierwsze to: jakie ślady ja pozostawiam po sobie i czy można nimi kroczyć? Czy ja kogoś pociągam, a jeśli tak, to gdzie? Po drugie, jakie ślady trzeba zatrzeć, aby nie być anty-świadkiem, aby nie być bohaterem tej dzisiejszej Ewangelii? Ale chyba najważniejsze jest to, jakie ślady trzeba pogłębić, bo to jest moja droga, bo to są moje piękne wybory, wybory ewangeliczne, Jezusowe, pełne miłości? Bardzo bym chciał, abyśmy stąd wyjechali mocniejsi słowem Bożym, ale również tym, że nazwiemy po imieniu dobro i zło, i że uda nam się po powrocie do domów starać się być dla innych darem. A kończę pięknymi słowami papieża Franciszka. Na samym początku swojego pontyfikatu mówił tak: „Niech spoglądanie na Sąd Ostateczny nigdy nie napawa nas lękiem. Niech nas raczej pobudza do lepszego życia chwilą obecną. Bóg z miłosierdziem daje nam ten czas, abyśmy każdego dnia uczyli się rozpoznawać Go w ubogich i maluczkich, abyśmy zabiegali o dobro i czuwali na modlitwie i miłosierdziu. Oby Pan, u kresu naszego życia i historii mógł nas uznać za sługi dobre i wierne” (Franciszek, katecheza z 24 IV 2013 - zobacz). Ot, spotkajmy się kiedyś na tamtym świecie razem, w niebiosach. Myślę, że każdy tego pragnie. Amen.

---------------------------------------------------------------------

Modlitwa codziennością i w codzienności
homilia – sobota 32. tygodnia zwykłego (rok I), 16 listopada 2019
Mdr 18, 14-16; 19, 6-9; Ps 105, 2-3. 36-37. 42-43; Łk 18, 1-8

Moi drodzy, patrząc na temat naszych spotkań (gniew), nie ma żadnej wątpliwości, że człowiek, który chce skutecznie walczyć z gniewem, musi czuwać. Mówiliśmy wczoraj o troskach, jakie powinien posiadać człowiek, który czuwa. Dzisiejsza Ewangelia narzuca nam kolejną ważną rzeczywistość, która pomoże nam w pracy i walce z gniewem. Papież Franciszek komentując tą dzisiejszą Ewangelię mówił tak, trzy miesiące temu: „Jezus nie podaje abstrakcyjnej definicji modlitwy ani nie naucza skutecznej techniki, aby się modlić i coś ‘zyskać’. Zachęca On natomiast swoich uczniów, aby doświadczyli modlitwy, stawiając ich bezpośrednio w łączności z Ojcem, wzbudzając w nich tęsknotę za osobistą relacją z Bogiem, z Ojcem. Na tym polega nowość modlitwy chrześcijańskiej! Jest ona dialogiem między osobami, które się miłują, dialogiem opartym na zaufaniu, wspieranym przez wysłuchanie i otwartym na solidarne działanie” (papież Franciszek, rozważanie przed niedzielną modlitwą Anioł Pański, 28 VII 2019 - zobacz). Modlitwa to cecha człowieka czuwającego. Modlitwa to cecha człowieka, który potrafi uśmierzyć gniew, który potrafi zlikwidować lęk, bowiem wpuszcza do siebie Boga, który jest miłością i wszechmocą. W zgiełku i harmidrze wyciszenie jest często zupełnie niemożliwe. Powstaje, - dobrze o tym wszyscy wiemy -, „nowa duchowość”, która jest odarta z sacrum, z ciszy, z modlitwy. Współczesny człowiek liczy na swoje możliwości, a zabiegany i zniewolony czasem nie ma siły i możliwości na taką refleksję. W konsekwencji powstaje „nowy produkt” w postaci pustego, pełnego lęku i obaw o przyszłość człowieka, który gubi się w galimatiasie propozycji. A przecież zatrzymanie się i spotkanie z Bogiem jest bardzo potrzebne. Mistrz z Nazaretu w dzisiejszej Ewangelii ukazuje nam ważne prawdy rządzące modlitwą. Może warto byłoby je wyciągnąć i wziąć ze sobą w swoje życie. Jakież to są prawdy, dotyczące mojej modlitwy? Ciekawe, czy się w tych prawdach odnajdziemy i czy taką właśnie modlitwę zanosimy [do Boga] codziennie.

Otóż, Jezus mówi: „zawsze powinni się modlić”. Co to oznacza? Czy to oznacza, że mam cały czas szeptać modlitwę. Nie. Rahner twierdził i pisał, że modlitwa może być codziennością i w codzienności. Modlitwa codziennością to jest modlitwa życiem. I to jest ta modlitwa, która trwa cały czas. Nie chodzi o ciągle szeptanie modlitw, co raczej o dokonywanie codziennych wyborów ewangelicznych, które stają się rozmową człowieka starającego się żyć Chrystusem. Pomyślmy, minęło już kilkanaście godzin dzisiejszego dnia. Czy modliłem się życiem? Czy moje konkretne wybory, moje myśli, moje pragnienia były emocjami, uczuciami, myślami zgodnymi z Bożą wolą? Modlitwa życiem to jest wyznawanie wiary w każdej chwili dnia i nocy. W ciągu dnia nie raz, - doskonale wiemy o tym wszyscy -, trudno znaleźć czas na tę rozmowę. Zatem ten dialog zastępowany jest postępowaniem zgodnym z wolą Bożą. Chciałbym was tutaj wszystkich zachęcić do tego, abyśmy nie zastępowali modlitwy myślnej, ale abyśmy pamiętali o tym, że: kiedy zwalczę jakąś pokusę, to jest moja modlitwa; kiedy uda mi się uśmierzyć gniew, to jest moja modlitwa; kiedy kogoś nie wykorzystam i nie użyję, choć mam taką możliwość, to jest moja modlitwa; kiedy nie pogrążę się w rozczarowaniu czy zniechęceniu, to jest moja modlitwa. Św. Jan Paweł II mówił: „Módlcie się i kształtujcie poprzez modlitwę swoje życie. ‘Nie samym chlebem żyje człowiek’ (Mt 4, 4) i nie samą doczesnością, i nie tylko poprzez zaspokajanie doczesnych - materialnych potrzeb, ambicji, pożądań, człowiek jest człowiekiem… ‘Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych’. Jeśli mamy żyć tym słowem, słowem Bożym, trzeba ‘nie ustawać w modlitwie!’. Może to być nawet modlitwa bez słów…” (Jan Paweł II, Przemówienie do pielgrzymów w Kalwarii Zebrzydowskiej, 7 VI 1979 - zobacz). Może trzeba by kogoś „omodlić” ta moją modlitwą życia, wracając do domu i mówiąc mu: „Ja cię kocham, mimo wszystko cię kocham!”. Może warto wrócić do własnego środowiska i powalczyć o to, aby atmosfera sprzyjała pozytywnym emocjom i wyborom.

Ale jest też drugie wskazanie w dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi o tym, że nie wolno „ustawać”, a zatem drugą cechą naszej modlitwy jest to, że powinna to być modlitwa wytrwałości. Oznacza to konsekwencję i wytrwałość w modlitwie. Nieraz wydaje się, że Pan milczy, a słowa modlitwy nie znajdują oddźwięku. „Panie, tyle razy cię prosiłem! Tyle razy prosiłem o zmianę mojego życia, a Ty milczysz!”. Ta wytrwałość jest szczególnie ważna wtedy, kiedy nagle okazuje się, że przychodzi na nas jakieś poważne doświadczenie. Jeśli ktoś miał kiedyś problem chorobowy i miał chociażby pobrany wycinek do badania histopatologicznego, wie o tym doskonale, że te dwa tygodnie są jak wieczność; bo nagle może się okazać, że za kilka dni dowiem, że mnie już nie ma. A jednak wtedy trzeba szczególnie prosić: „Panie, nie mam siły; nie wiem, dlaczego. Ale proszę, bądź ze mną!”. Człowiek wytrwałej modlitwy to ten, który nie zniechęca się brakiem efektów swojego dialogu z Panem. A jeśli taką modlitwę będę zanosić, to każda modlitwa będzie wzmocnieniem, przypomnieniem perspektywy, jaką nakreśla Zbawca. Ta nasza sesja jest złożona również z pytań. Chcę zapytać, czy jest jakaś modlitwa, jakaś sprawa, jakaś intencja, w której mi już brak nadziei, wytrwałości? Czy jest coś, z czego już zrezygnowałem/zrezygnowałam, bo „On ciągle milczy”? Św. Jan Paweł II, już cytowany, mówił: „Wśród zwykłych ludzkich zajęć nie możemy zatracać łączności z Chrystusem. Potrzebne są nam specjalne momenty przeznaczone wyłącznie na modlitwę. Modlitwa jest niezbędna zarówno w życiu osobistym i w apostolacie. Nie może być autentycznego świadectwa chrześcijańskiego bez modlitwy. Ona jest źródłem natchnienia, energii, odwagi w obliczu trudności i przeszkód; jest źródłem wytrwałości i umiejętności podejmowania inicjatywy z nowymi siłami” (Jan Paweł II, Przemówienie podczas liturgii Słowa w Gorzowie Wielkopolskim, 2 VI 1997 - zobacz). My musimy jutro z tego domu wyjechać z takim przeświadczeniem: warto, nawet jeśli jest bardzo ciężko, nawet jeśli kolejne miesiące i lata nie dają efektu, bo Pan milczy.

W dzisiejszej Ewangelii jest jeszcze inne, niezwykle ważne wskazanie, które powinno nas trochę zaniepokoić. Otóż, czytamy: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Jeśli modlitwa ma być modlitwą Jezusową, jeśli ma to być modlitwa, która mnie przemienia, umacnia i daje możliwości do tego, aby chociażby walczyć z gniewem, to ta modlitwa musi być zanoszona z wiarą. Ona ma wynikać z wiary człowieka. A skoro ma wynikać z wiary człowieka, to trzeba sobie uświadomić, że Bóg najlepiej wie, co nam potrzeba. Chodzi o zaufanie i zgodę na wolę Tego, który jest źródłem zbawienia. Już teraz dziękuję za wiele rozmów: i tych w pokoju i tych w kuluarach. Zastanawiałem się, co jest wspólnym mianownikiem tych naszych rozmów, problemów, kłopotów, łez i tego, dlaczego nieraz nie mamy już sił walczyć. Kiedy słuchałem dzisiejszego pierwszego czytania i Ewangelii, nie mam żadnej wątpliwości, że najbardziej bezbronni jesteśmy wtedy, kiedy czujemy się bezsilni. Ale czy chrześcijanin może czuć się bezsilny, skoro ma tak piękny, wspaniały i mocny oręż, jakim jest modlitwa? Ale ta modlitwa musi wynikać z wiary, a nie z tradycji. Gdyby dzisiaj przyszedł Syn Człowieczy, czy znajdzie w moim sercu wiarę? Taką wiarę, jaką miał w sercu Hiob, który mówił: „Choćbyś mnie, Panie, zabił, i tak ci będę ufał”. Człowiek modlący się zawsze bierze pod uwagę perspektywę zbawczą. Jeśli nie zostaje wysłuchany, nie powinien się buntować, bo z pewnością inna decyzja Stwórcy jest potrzeba w historii zbawienia. Benedykt XVI mówił tak: „Człowiek nosi w sobie pragnienie nieskończoności, tęsknotę za wiecznością, poszukiwanie piękna, pragnienie miłości, potrzebę światła i prawdy, które popychają go ku Absolutowi; człowiek nosi w sobie pragnienie Boga. Człowiek wie, że w jakiś sposób może się zwrócić do Boga, że może do Niego się modlić. (…) Modlitwa ma swoje centrum i zapuszcza swe korzenie w głębi osoby; z tego względu nie jest łatwo ją rozszyfrować i może być przedmiotem nieporozumień i mistyfikacji. (…) W modlitwie, w każdym okresie historii człowiek rozważa siebie i swoją sytuację w obliczu Boga, wychodząc od Boga i w odniesieniu do Boga. Doświadcza, że jest stworzeniem potrzebującym pomocy, niezdolnym do zapewnienia sobie o własnych siłach wypełnienia swego życia i swej nadziei” (Benedykt XVI, katecheza z 11 V 2011 - zobacz). Gdzie mamy ten deficyt wiary? W których przestrzeniach naszego życia?

Chcę powiedzieć jeszcze o jednej cesze modlitwy, która jest zawarta w dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi: „A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę”. Modlitwa, którą zanosimy, musi być modlitwą wracającą na ziemię. Musimy w to wierzyć, że moja modlitwa ma siłę, ma moc. Pomyślmy, czy wymodliliśmy coś w swoim życiu komuś? A ponieważ jesteście tutaj, w tym domu, więc szukacie, chcecie jakiegoś pogłębienia. Czy macie świadomość, że często wasza modlitwa jest modlitwą jest nie tylko modlitwą „za” kogoś, ale jest modlitwą „zamiast” kogoś, bo ten ktoś już nie ma czasu na modlitwę, bo ten syn czy ta córka, bo mąż już się nie modli, już jego ścieżki nie prowadzą przez świątynię. Trzeba ufać w siłę swojej modlitwy. Trzeba ufać w to, że one wcześniej czy później wrócą na ziemię. Jeśli tego nie będzie, to ani nie będzie zaangażowania, ani nie będzie motywacji, a staniemy się, - mówię to w cudzysłowie -, charyzmatykami modlitwy przy okazji, modlitwy zaliczenia, modlitwy, która może nas przed czymś zabezpieczyć. Tak bardzo bym chciał, abyśmy jutro wyjechali stąd z taką świadomością, że aby walczyć z emocjami negatywnymi, trzeba zacząć „od kolan” i te kolana powinni boleć. Bo tylko wtedy, wstając z kolan, człowiek wie, co ma robić i wie, że może to zrobić i że może przekroczyć siebie. Warto sobie uświadomić w kontekście dzisiejszej Ewangelii, że człowiek modlitwy jest człowiekiem wnętrza. W ten sposób otwiera w sobie pokłady, w których bardziej rozumie życie, miłość, drugiego człowieka, a także samego siebie. Gdy nagle znika pragnienie modlitwy, kiedy jest coraz więcej dyspens od spotkania z Bogiem, to umiera, umiera jego duch. I zostawiam nam wszystkim przepiękne słowa ks. .Jana Twardowskiego, który przed laty napisał: „Jeśli ktoś się modli, Pan Bóg w nim oddycha”. Czy we mnie Pan Bóg oddycha czy się dusi? Amen.

---------------------------------------------------------------------

Bądźmy świadkami łagodności!
homilia – 33. Niedziela Zwykła (rok C), 17 listopada 2019
Ml 3, 19-20a; Ps 98, 5-6. 7-8. 9; 2 Tes 3, 7-12; Łk 21, 5-19

Pochylamy się w czasie tych rozważań Pisma Świętego, rozważań Słowa, nad czuwaniem, bo człowiek, który walczy z gniewem, to człowiek czuwający. I żeby już pozostać w tym schemacie takiej, a nie innej homilii, rozpocznijmy od słów papieża Franciszka, który na początku swojego pontyfikatu mówił tak o dzisiejszej Ewangelii: „Chrześcijanin myśli po Bożemu i dlatego odrzuca tak bardzo rozpowszechnioną myśl słabą, zuniformizowaną, ‘jak wszyscy’. Warunkiem zrozumienia znaków czasu jest myślenie nie tylko głową, ale także sercem i duchem, który przemawia do naszego serca. (…) Pan Jezus uczy swoich uczniów zrozumienia ‘znaków czasu’, których faryzeusze nie potrafili pojąć. (…) Bóg chce, byśmy rozumieli, co się dzieje w naszym sercu, życiu, w świecie, w dziejach - są to znaki czasu. Natomiast duch świata daje nam inne propozycje, bo nie chce byśmy byli ludem, ale masą, bezmyślną, bezwolną. Duch tego świata chce, byśmy szli drogą uniformizmu, ale traktuje nas jako niezdolnych do samodzielnego myślenia, jako osoby, które nie są wolne. Myśl zuniformizowana, jednakowa, słaba, tak bardzo powszechna. Duch tego świata nie chce, byśmy zadawali sobie pytanie wobec Boga: ‘Dlaczego to, dlaczego tamto, dlaczego tak się dzieje?’” (medytacja poranna w Domu św. Marty, 29 XI 2013 - zobacz). Nie ma żadnej wątpliwości, że papież Franciszek, który z jednej strony jest bardzo krytykowany za to, że próbuje iść w tych kierunkach, w których dotychczasowi papieże nawet nie spojrzeli, mówi o tym, że każdy z nas ma być Boży, a nie światowy. W ostatnich latach, - chyba nie ma nikt wątpliwości -, dzięki rozwijającym się mediom można zaobserwować wiele niepokojących zjawisk atmosferycznych. Współczesna cywilizacja przynosi, oprócz wielu pięknych i fantastycznych osiągnięć, także różnego rodzaju katastrofy i klęski. Wielu może te wydarzenia śledzić na bieżąco. Ale pojawia się też wiele niepokojących zjawisk społecznych. Wspomnieć można chociażby obniżanie wartości tradycyjnej rodziny. Te zjawiska są bardzo często wykorzystywane do wszelkiej manipulacji i w konsekwencji rodzi się pytanie: Czy są to jakieś znaki? Czy fakt, że jestem na tej sesji i próbuję przyglądnąć się swojemu gniewowi, to jest jakiś znak? Czy Mistrz z Nazaretu chciałby, abym coś w tym względzie zmienił? Nie ma żadnej wątpliwości, że tak ważne jest to, abyśmy wrócili stąd jako ludzie, którzy są świadkami wielu wartości, ale po tej sesji przede wszystkim wartości łagodności. Jakie cechy świadka powinniśmy mieć? Co powinno być [charakterystyczne] w tych najbliższych dniach, tygodniach, miesiącach w moim życiu? Dzisiejsza Ewangelia, znowu idąc tym schematem, który był przez dwa dni, podaje nam cztery bardzo konkretne podpowiedzi.

Najpierw czytamy, że Jezus powiedział: „Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono”. Człowiek jest wielokrotnie kuszony pięknem tego świata i w ten sposób nie zwraca uwagi na to, co najważniejsze. Współczesna cywilizacja próbuje nie dostrzegać sfery duchowej. Wielu osobom próbuje się wmówić, że życie bez Boga, bez ponadczasowych norm, jest nie tylko możliwe, ale i łatwiejsze. Chrystus mówi: „Jeśli chcesz być Moim świadkiem, musisz być, po pierwsze, czujnym”. A czujność w naszym życiu to przede wszystkim ciągła, ale nie męcząca, nie z przymusu, ale z wewnętrznego chcenia kontrola siebie. Wracamy do swoich środowisk, każdy do swojej pracy, do swoich najbliższych, do dalszych. I trzeba sobie zadać pytanie: W których obszarach mojego życia powinienem szczególnie tę czujność zachować? A może trzeba by zadać pytanie: Co ściąga mnie w dół? Kto ściąga mnie w dół? Bo może się nagle okazać, że ktoś, kogo bardzo kocham, jest tym, który osłabia moją czujność. A pamiętajmy, że czujność to nie jest lekceważenie nawet małych drobiazgów. Może się nagle okazać, że przyczyną mojego gniewu w domu są rzeczy nieistotne, małe, które łącząc się w całość powodują problemy nie do przeskoczenia. Mam być świadkiem łagodności! Zacznijmy być ludźmi, którzy czuwają nad tym, żeby codziennie kładąc się spać, mieć taką świadomość, że mogę każdemu popatrzeć prosto w oczy i powiedzieć: „Nie chciałem cię skrzywdzić. Uciekałem przed złem. Chcę być darem”. Bardzo mi się podoba, - choć to może złe słowo -, bardzo przemawia do mnie pewien obraz: jeden z moich magistrantów pisał pracę na temat towarzyszenia osobom umierającym i robił badania wśród chorych terminalnie w hospicjach. Miałem pewne wątpliwości natury etycznej, czy można takie badania czynić, ale one były niesamowite. Ten mój magistrant zadał wielu osobom pytanie, czego oczekują w ostatnim momencie swojego życia; czego oczekują wtedy, kiedy ktoś będzie już rzeczywiście swój ostatni oddech oddawał. Wszyscy napisali: „Aby mnie ktoś trzymał za rękę. Abym w tym wszystkim nie była sama/sam. Żebym czuła/czuł, że odchodzę, ale zostaję w pamięci, we wspomnieniach”. Tak ważne jest to, - dlatego mówię to w kontekście czujności -, że gest trzymania kogoś za rękę to jest symbol miłości, czujności, łagodności. I pewnie jeszcze przez lata będziemy żyć i cieszyć się życiem, ale może warto w imię łagodności uchwycić rękę tego, kogo kocham i już jej nie puszczać. Proszę o tym pomyśleć szczególnie wtedy, kiedy ta ręka, zamiast do uścisku, przemieni się w pięść.

Jest też drugi i bardzo ważny element, podpowiedź Pana Jezusa. Mówi dzisiaj Jezus: „Nie trwóżcie się!”. A zatem w świadectwie, oprócz czujności, tak ważna jest odwaga. Lęk jest zawsze jakimś deficytem wiary i ufności. Człowiek, który patrzy na świat przez pryzmat Bożej wszechmocy, widzi przyszłość w perspektywie życia wiecznego. Z wieloma z was rozmawiałem na temat bezsilności, która jest związana z waszym życiem. Rozmawiałem z wami na temat tego, jak nieraz nie wiadomo, co dalej uczynić, ponieważ jesteście tak daleko od siebie. Bądźcie odważni, aby patrzeć w przyszłość z nadzieją! Bo chrześcijanin to jest człowiek, który potrafi odnaleźć głębszy sens tego, co się dzieje wokół niego. Ma świadomość, że pełna ufności modlitwa i zawierzenie niosą ze sobą pokój. Odwaga w podjęciu jakichś decyzji. Może warto byłoby wyjechać stąd z jakąś bardzo konkretną decyzją, choć ona jest trudna, choć ona niesie ze sobą lęk, czy tak rzeczywiście powinienem uczynić. Ale świadek to jest człowiek odważny! Świadek to jest człowiek, który jest gotowy na ofiarę. Najtrudniejsza jest ofiara w naszych domach rodzinnych. Zachęcam do tego, abyście się nie trwożyli szczególnie wtedy, kiedy po raz kolejny w czymś upadniecie/upadniemy. Benedykt XVI w 2008 roku mówił tak w czasie homilii: „Potrzebujemy większej nadziei, dzięki której będziemy przedkładać wspólne dobro wszystkich nad luksus nielicznych i ubóstwo wielu. ‘Tą wielką nadzieją - napisałem w Encyklice Spe salvi - może być jedynie Bóg (...) nie jakikolwiek bóg, ale ten Bóg, który ma ludzkie oblicze’ (n. 31). (…) Mając wielką nadzieję, można wytrwać w umiarkowaniu. Jeśli brak prawdziwej nadziei, szczęścia poszukuje się w upojeniu, zbytkach, nadużyciach, niszcząc samych siebie i świat. Umiarkowanie nie jest zatem jedynie zasadą ascetyczną, ale drogą ocalenia ludzkości. (…) Dlatego potrzeba ludzi o wielkiej nadziei, a tym samym wielkiej odwadze” (Benedykt XVI, homilia w uroczystość Objawienia Pańskiego, 6 I 2008 – zobacz). To umiarkowanie jest szczególnie ważne wtedy, kiedy będziemy uwalniać emocje. Bądźmy odważni do tego, aby ustąpić, aby z czegoś zrezygnować, dlatego „bo cię kocham”.

Czytamy w dzisiejszej Ewangelii również słowa Jezusa: „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”. To trzecie wskazanie. Jakże ważna, szczególnie w życiu świadka, jest wytrwałość. Wytrwałość jest pochodną cnoty męstwa, która umacnia człowieka w trudnych chwilach, aby nie odwrócić się od czynienia dobra. Wytrwałość jest konsekwentnym trwaniem przy Bogu mimo przeszkód czy zniechęcenia. Dlatego z tego miejsca na koniec chcę powiedzieć: „Uda ci się! Możesz wiele rzeczy zmienić w swoim życiu, w swoim domu, w swojej rodzinie! Jesteś w stanie nawet przebaczyć! Jesteś w stanie wyciągnąć, - jak w dzisiejszych pytaniach było -, tego męża z pokoju, ale musisz być wytrwała!”. Bo człowiek, który jest pewien bliskości Tego, który go umacnia, może więcej, może dłużej. Goethe pisał, że wiele tracimy wskutek tego, że przedwcześnie uznajemy coś za stracone. Czy jest coś, z czego już zrezygnowaliśmy, bo „to już nie ma sensu”, bo „nie mam siły”, bo „i tak się nic nie zmieni”? Nie możecie stąd wyjechać w takim stanie. Bo człowiek wierzący to człowiek, który oprócz czujności i uwagi posiada wytrwałość w walce o to, by być bliżej Pana.

Jest jeszcze jeden element bycia człowiekiem, świadkiem wartości. Jezus mówi: „Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa”. Prawdziwy świadek szuka pretekstu, szuka okazji do tego, aby pokazać kim jest. A zatem chodzi o to, aby poczuć się odpowiedzialnym za tego, kto jest ze mną. Wrócicie, kochani, do swoich domów. I niektórzy będą na was patrzeć. Byliście tutaj trzy dni, czy zmieniliście się? Coś wam to pomogło? Jeśli się nagle okaże, że będzie jeszcze gorzej albo tak samo, to dla tych, którzy zostali, będzie to znak na pewno nie tego, że Pan umacnia. I dlatego, proszę, bądźcie świadkami tego, że warto, że warto pracować nad sobą, że warto budować na Bogu, że warto, nawet wtedy, kiedy ta świątynia z dzisiejszej Ewangelii się burzy, i tak naprawdę Kościół przeżywa coraz większe problemy, kiedy jest coraz więcej niegodnych świadków chodzących w sutannie czy habicie. A jednak Kościół to my. Jeśli was zabraknie, to Kościół pewnie przetrwa, bo niejedno już przeżył, ale nie może być tak, że będzie bez was, którzy czegoś więcej chcecie, więcej rozumiecie, czegoś szukacie. Chciałbym, abyśmy wyjechali z tej sesji z taką świadomością, że ten czas gdzieś został zapisany u Boga. Kiedy będzie ciężko, to może warto sięgnąć [wrócić] do rozważań Pisma Świętego, do rozmowy z kierownikiem duchowym, do spowiedzi w tych dniach, a może do konferencji, po to, abyśmy nigdy nie ustali w walce o to, żeby być bliżej… I tego wszystkiego wam/nam życzę, natomiast kończę słowami Prymasa Tysiąclecia, kard. Stefana Wyszyńskiego. Niech to będzie puenta tych rekolekcji, tej sesji. Otóż, on powiedział w jednym z kazań: „Cierpliwość sprawia w nas, że z jej pomocą znosimy zło doznawane od innych, że chronimy się od niedobrego smutku”. Życzę wam jak najwięcej radości, dlatego bo jesteście cierpliwi do innych i do siebie. Amen.

---------------------------------------------------------------------
* tytuły homilii pochodzą od redakcji;

w tekstach spisanych z nagrania,
zachowano styl języka mówionego;
---------------------------------------------------------------------

 


„Jak radzić sobie z gniewem?” (15-17 XI 2019) - relacja

 


„Jak radzić sobie z gniewem?” (15-17 XI 2019) - zapowiedź

KONTAKT ZGŁOSZENIEPOLITYKA PRYWATNOSCI
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl